Siemaaaa!!! 

Na czytniku pojawiło się kilka rozdziałów THE SCHOLAR'S REINCARNATION. Niebawem będzie ich więcej, czytać możemy na -> http://bsmoki.pl/FoOlSlide-master/

 

 

Adirox

☠ Zabójca Bogów
  • Content count

    1150
  • Punkty

    20775 
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    63

Adirox last won the day on March 29

Adirox had the most liked content!

Community Reputation

1993 Mistrz Srebrnej Gwiazdki

About Adirox

  • Rank
    Najwyższy Bóg
  • Birthday 04/27/97

Informacje

  • Płeć
    Mężczyzna

Profile Song

  1. Gdy tylko się najadłem opuściliśmy kryjówkę i zaczęliśmy poruszać się po mieście. Jednak nie mam przez to na myśli chodzenia i jeżdżenia. My po prostu lecieliśmy. Ja przy pomocy moich nici, a Mineko swojej grawitacji. Kamiya, który dzięki zdolności Mineko powinien zachowywać się jak balon napompowany helem, był ciągnięty przeze mnie na jednej z moich nici. - Musimy zwrócić na siebie uwagę. Mineko możesz?! - krzyknął Kamiya. Jak mógłbym odebrać Mineko tą zabawę? Oczywistym jest, że chce ujrzeć potęgę moich nici. Wystrzeliłem przed siebie zostawiając za sobą Mineko i przywiązanego do niej Kamiyę. Wyprostowałem obie dłonie, gdy nagle zacząłem spadać i ciąłem poziomo, moją najostrzejszą nicą. Przeciąłem budynek tak idealnie, że ani Mineko, ani Kamiya tego nie dostrzegli, jednak gdy tylko posłałem jej spojrzenie, zrozumiała co chcę by zrobiła. Zbliżyła się do budynku i zmieniła oddziaływującą na niego grawitację, odcięta przeze mnie część wyleciała nagle w powietrze, jednak ze względu na to, że było to zbyt wiele dla Mineko, momentalnie spadła tworząc przy tym nieprawdopodobne zniszczenia. W jednej chwili usłyszałem jak w naszym kierunku tej spustoszenia z daleka wychodzą najróżniejsze potwory, a w tym zombie na ich czele, których ilość jak zawsze przytłaczała. Nie minęło nawet więcej niż pięć, minut gdy dostrzegliśmy naszego diabełka i jego armię. Zupełnie jak muchy do gówna, wszyscy nasi wrogowie zlecieli się tutaj momentalnie. - Kuro! - Tak wiem, zostaw ich mi. Mineko! - Ruszam. I tak oto rozdzieliliśmy się z Mineko. - I jak Kamiya? Gotowy? - Mam granaty, karabin i kilka gnatów. Zobaczymy, czy wystarczy to do wkurwienia tego diabełka. - Liczę na ciebie. - Nawzajem. Po tej wymianie zdań, czekał aż diabeł wkroczy w jego zasięg, podczas gdy ja niczym kamień spadłem na ziemię. Wokół mnie momentalnie zaczęły gromadzić się potwory, jednak nie zamierzałem czekać, aż do mnie podejdą. Momentalnie stworzyłem wokół siebie trzy warstwy ostrych nici, w które zombie i inne wielkie, bezmózgie potwory zaczęły wpadać jak głupie. Dla demonicznych kundli przygotowałem bardzo kleistą nić, którą równie szybko co tą pierwszą rozłożyłem na ziemi i niczym bóg u którego stóp odchodziły niezliczone życia stałem w centrum konstrukcji z nici, która eliminowała wszystkich bezmózgów wokół mnie. - Okej pora się zabawić. - powiedziałem, po czym zacząłem działać na własną rękę. - Tak… ten diabeł jest mój i zabije go nim Mineko uratuje esperów. Nie będę też polegał na Kamiyi. --- Perspektywa Kamiyi --- Mineko ruszyła uratować esperów, a Kuro rozpoczął walkę z armią umarłych. Będąc szczerym jego zdolność ani trochę nie wydaje się już być czymś normalnym. Stoi sobie w samym środku chaosu jaki stworzył. Wszystko co na niego naciera zostaje pocięta na trzech wysokościach przez przerażająco ostre nicie, a to co przemknie pod nimi przykleja się do ziemi. Czyżby potrafił zrobić też lepką nić? To się robi po prostu chore, a biorąc pod uwagę, że przed chwilą rozciął budynek bez najmniejszego problemu zaczynam widzieć w tej zdolności coś przerażającego. Jakim cudem coś takiego jak zdolność manipulacji nićmi, może być tak absurdalna? Gdy tam sobie rozmyślałem, ujrzałem jak czarty i kontrolowani przez zjawy ludzie zaczęli gromadzić się wokół tej jednostronnej rzezi. Patrząc na to całe moje ciało drży z podniecenia. Dla mnie, osoby, która może tylko widzieć więcej od innych, dla której walka z zombie 1 vs 1 bez broni jest śmiertelnym zagrożeniem, oglądanie takiej walki wydaje się być niczym wciągnięcie do jakiegoś snu. Gdy tak wszystko zaczęło się zatrzymywać przez robiącymi z zombie niciami, w końcu ujrzałem to co było naszym, albo przynajmniej na ten moment moim celem. Ujrzałem tego cholernego diabła, którego ślepia były wpatrzone w postać Kuro. Nagle zniknął mi z oczu, a ja szybko przesunąłem swój wzrok na Kuro. Diabeł momentalnie pojawił się przed nim i zaatakował, ale Kuro jakimś cudem udało się uniknąć ataku i odskoczyć do tyłu, jednak w tym samym momencie diabeł pojawił się przed nim i swoją wielką szponiastą łapką przebił go na wylot. Poważnie? Kurwa! Co ja robię?! Złapałem za karabin przycelowałem i wystrzeliłem bez zawahania w plecy diabła. Nic on sobie z tego nie zrobił. W sumie nie dziwię się. Minęło za mało czasu… Pora na granaty…. --- Perspektywa Kuro --- Gdy tylko diabeł pojawił się obok mnie odskoczyłem, po czym ujrzałem jak przebija swoją łapą moją marionetkę z nici. Zrobienie jej w tym chaosie i podmienie się z nią było piekielnie trudne, ale złapałem diabła. Nagle w powietrzu rozeszła się seria strzałów z karabinu, a po chwili poleciały nawet granaty. Co za debil! Zniszczy moją marionetkę. Dobra, teraz albo nigdy. Jednym ruchem dłoni sprawiłem, że z mojej marionetki wystrzeliły nicie, które utwardziłem i w tej chwili były niczym włócznie. Wszystkie jednak zawiodły, lecz to nie koniec. W momencie, gdy rozbiły się o niego jak o niezniszczalną tarczę, rozpadły się i w tym momencie wkracza ich nowa właściwość. Lepkość ukazała swą potęgę. W miejscu w którym wcześniej stałem, a potem moja marionetka, ziemia nie była obłożona tą nicią, więc nie mogłem utrzymać diabła. Zobaczymy jednak jak zareaguje teraz. Gdy jego ruchy są ograniczone. Ciekawi mnie też jak to zadziała na jego teleportację. Nim jednak zdążyłem przygotować kolejną serią ataków, obok niego pojawił się mężczyzna w garniturze. Jest schludnie przycięty i ma okulary, lecz oprócz tego unosi się w powietrzu. - Gratuluję utrzymania tego potwora w ryzach. I kimkolwiek jesteś to ci dziękuje dzieciaku. - w tym momencie jego dłoń wbiła się w diabłą i wyciągnął coś niemalże przezroczystego. - I na tym kończy się twoja władza. Po chwili coś co było chyba zjawą zostało zgniecione przez tego mężczyznę, po czym sam wszedł w ciało diabła. - O tak… - z ust diabła wydobył się głos, który wydawał się pochodzić z wnętrza piekła. Zupełnie jakby tysiące zmarłych dusz przemawiało przez ciało tego potwora. - W tym świecie, gdzie ludzkie życie nic nie znaczy, siła jest wszystkim. Ta istota przez wątpienia jest najpotężniejszym bytem jaki znalazłem. Będzie dla mnie idealną zabawką bojową. - Kim ty do cholery jesteś?! - krzyknął stojący na dachu Kamiya. - Jestem człowiekiem, którego moc esperka przebudziłą się dopiero po śmierci. Jestem duszą, która może przejmować ciała, a w tej chwili jestem bogiem! Ten gość bogiem? Chyba nie rozumie, że mam zamiar zabić tego cholernego diabła. - Sorka Kamiya, ale to twoja wina, że jeszcze tu jesteś. Podczas zamętu przecinałem wszystkie pobliskie budynki, a teraz przy pomocy lepkiej nicy mam zamiar użyć ich do zmiażdżenia diabła i żaden martwy dziwak mi w tym nie przeszkodzi! - Zdychaj! - krzyknął i wszystko wokół skierowało się na diabła. Zobaczymy czy przetrwasz cholerny potworze.
  2. Mi go nie zwija jak wklejam i potem jakieś cuda się dzieją, które ręcznie muszę naprawiać, więc możliwe, że nie tylko tobie.
  3. - Więc? Jak według ciebie możemy pokonać tego diabła? Wszystko co do tej pory próbowałem zawiodło. Choć robiłem to na szybko, to powinienem go choć zranić, ale jedynie co udało mi się zrobić to go trochę spowolnić. - To dlatego, że Diabeł posiada zdolności odbierania esperom ich zdolności, a kontrolująca go zjawa potrafi wykorzystać to w całej okazałości. Wiele ofiar zjaw zostało źródłem mocy dla kontrolowanego przez nich diabła. I tak mam na myśli esperów, którzy pochodzili z tego miasta. Jeśli zjawy nadal będą kontrolować tego potwora to prędzej czy później stanie się on nie do powstrzymania. - Jaki jest więc twój plan? Pytam, ale nie mówię, że nie jest to wariactwo. Ktoś tu się wyraźnie boi. Jednak pewnie sam też bym się bał, gdyby nie to, że przez tego potwora musiałam zszywać się na żywca. Wiecie jak bardzo to bolało? Myślałem, że wyjdę z siebie… może wtedy stałbym się zjawą? Taki żarcik. - Najpierw może powiesz mi jaką masz zdolność? - zapytałem będąc tego naprawdę ciekaw, w końcu jako jedyny przetrwał to wszystko. - Moja zdolność to dalekowzroczność. To dzięki niej byłem w stanie przetrwać. Idealna zdolność do uciekania. - Ty z tego co widziałem manipulujesz nićmi, jednak tym co mnie zaskoczyło jesteś ty, Mineko. Czyżbyś posiadła drugą zdolność? - Tak… to coś, co uzyskałam po tym jak zmierzyliśmy się z nowym gatunkiem potwora. Mam na myśli Innych, którzy posiadają zdolności esperskie od samego początku i są jeszcze większym zagrożeniem od diabłów. - No chyba nie, skoro ten tutaj biega ze zdolnościami esperów z całego miasta. Tak musiałem to skomentowac, w końcu jednego innego udało mi się pokonać. Tak, nie zrobiłem tego sam, ale nadal udało mi się go pokonać, w przeciwieństwie do tego wynaturzonego diabła. Przepraszam, zjawy. - Może powiesz nam w końcu ten plan? Zasugerowałem, po tym jak nastała chwila niezręcznej ciszy. Po czym zacząłem bawić się nićmi w moich dłoniach. - Moim planem jest oddzielenie tego diabła od kontrolowanych przez niego esperów, a następnie pokonać go, gdy będzie sam. - Jakbyś nie widział, nawet sam jest potwornie silny. Skomentowałem, a on spojrzał na mnie w dość dziwny sposób. - Nie dałeś mi skończyć. A więc to dlatego tak na mnie patrzysz? - Oddzielenie diabła od jego armii esperów to jedno. Trzeba jeszcze odebrać mu wszystkie esperskie moce, a następnie pokonać normalnymi sposobami, a nie przy pomocy esperskich mocy, które nic mu nie robią. Gdy to powiedział wziął głęboki wdech i kontynuował. - Wiem gdzie znajdują się jego ofiary, Trzeba je ocucić. Gdy to zrobimy, straci on wszystkie swoje moce. I wtedy z łatwością wysadzę go w powietrze, w miejscu, które już do tego przygotowałem. Osobiście planowałem to zakończyć w ciągu tygodnia, jednak z wami jako pomocą będę w stanie zrobić to już jutro, to jak pomożesz mi? - zwrócił się do mnie zupełnie, jakby Mineko już była za tym, że mu pomoże. - Nie mam nic przeciwko. Ten diabełek trochę mi podpadł i z przyjemnością go pokonam, Powiedz tylko co i jak. - W pierwszej kolejności zwrócę na siebie uwagę diabła, a ty zajmiesz się jego armią. Mineko natomiast skieruje się do miejsca przetrzymywanych esperów i ich ocuci. Tak zaczynając zaczął dokładnie mówić nam co i jak, a gdy zapamiętaliśmy wszystkie możliwe scenariusze byliśmy gotowi do operacji, którą zaczniemy jutro z rana. Gość przygotował się naprawdę dobrze i mam nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Nie tracąc czasu, posiliłem się i znalazłem wygodnie miejsce do spania. Kilka dobrze ułożonych kartonów wystarczyło bym mógł wygodnie spać. Przed snem jednak postanowiłem jednak pobawić się jeszcze trochę moimi nićmi, bo odkryłem, że jestem w stanie kontrolować je jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zauważyłem nawet, że jestem w stanie kontrolować już nie tylko ich ostrość i wytrzymałość, ale też giętkość, lepkość, czy nawet kolor. Co otworzyło przede mną zupełnie nową paletę zdolności. W pierwszej kolejności sprawdziłem jak bardzo mogę posunąć się teraz z ostrością. W tym celu znalazłem kilka stalowych drutów, które przeciął moją nicią, jakby były zrobione z masła. Co było całkiem zajebiste. Następnie postanowiłem sprawdzić ich wytrzymałość i gdy wydawało mi się, że osiągnąłem jej maksimum postanowiłem potraktować je ogniem i wodą. Najpierw je podpaliłem co sprawiło, że niezniszczalne nicie stały się płonącymi niezniszczalnymi nićmi. Czułem się zupełnie jakbym miał ogniste bicze i po chwili zabawy z giętkością naprawdę je zrobiłem. To się robi zbyt OP, ale to jeszcze nie koniec. Mam w końcu całą noc. Ostateczni nie spałem całą noc, a efekty mojej zabawy przekroczyły najśmielsze granice. Skończyło się na tym, że udało mi się stworzyć identyczną do mnie marionetkę z kolorowych nici, jednak kontrola nad nią to istna masakra na ten moment, w związku z czym ten skill potrzebuje jeszcze dopracowania. Jednak oprócz tego całe swoje ciało pokryłem giętką nicią, która nie blokuje mi ruchu, a zarazem jest podciągnięta pod maksimum jej wytrzymałości i choć nie jest to tam mocne, jak gdybym skupił się tylko na wytrzymałości to nadal się satysfakcjonujące. Teraz z pewnością jestem gotowy do walki. Gdy sobie tak stałem obok mojej marionetki, zauważyłem nagle Mineko i jej zszokowaną minę. - Siemka. Widzę, że już wstałaś. Przedstawiam ci Kuro number 2, od teraz proszę traktuj go tak samo dobrze jak mnie. Słysząc to wypluła wodę, którą płukała usta i z niedowierzaniem patrzyła w moim kierunku. - Spokojnie żartuje. To tylko marionetka. W momencie gdy to powiedziałem przyszedł Kamiya. - Posiadasz też zdolność klonowania? Interesujące, moglibyśmy wykorzystać to w naszym planie gdybyś powiedział to wcześniej… - Sory, ale to tylko marionetka i to tego dopiero co ją zrobiłem. Za cholerę nie potrafię jej jeszcze kontrolować. - Rozumiem. Szkoda. Jesteście gotowi? Ja i Mineko przytaknęliśmy, po czym w trójkę skierowaliśmy się na zewnątrz, nim jednak wyszliśmy mój burczący brzuch zatrzymał wszystkich. - Całą noc bawiłem się swoją zdolnością i nic nie jadłem, dacie mi może chwilę? Nasz plan pokonania diabła i zjaw, zaczął się od pierwszego problemu. Nie był on może wielki, ale mój głód będzie dla mnie wielkim minusem, podczas walki z jego armią. Tak, powiedziałem walki bo nie mam zamiaru ich tylko odciągać. Planuje polać krew całej tej cholernej armii potworów i esperów, a na samym końcu pokonam tego cholernego diabła. O tak… to z pewnością będzie udany dzień. ================================================ Kto czyta i nie komentuje, ten kabluje Zobaczmy jak wielu donosicieli jest w naszym gronie
  4. - Ech... To było szybkie. - skomentował Kazama, po tym jak zregenerowany wstał z ziemi i rozejrzał się wokół. Nie dostrzegał już jakichkolwiek śladów po Erganie, ani po grupie, która go obserwowała, a zarazem nie zdawała sobie sprawy z tego, że on o nich wie. Jednak nim zdążył opuścić epicentrum eksplozji, której był autorem, usłyszał cichy dźwięk. „Hm? Co to?” Zastanowił się i wytężył swoje zmysły. Wtem zdał sobie sprawę z tego, że słyszy płacz dziecka. - Dz... Dziecko? Tutaj? Gdzie do jasnej cholery? - zadał sobie to pytanie ze zdziwieniem, którego wcale nie chował i zaczął podążać za płaczem, lecz wynik tego go całkowicie zaskoczył. Końcowym wynikiem jego poszukiwania źródła płaczu, okazało się epicentrum wybuchu, które opuścił na samym początku i krążył wokół niego w poszukiwaniu źródła. „Pod ziemią?” Zadał sobie to pytanie w myślach i przyłożył ucho do ziemi, lecz nie było żadnego sygnału, by dźwięk dochodził spod niego, mimo że zaczął się nasilać. - Co do kurwy? - powiedział zdezorientowany tą sytuacją, po czym nagły ból głowy sprawił, że przykucnął, próbując przetrzymać ból. - Ustało? Co to miało być? Nie rozumiejąc sytuacji, postanowił opuścić pole bitwy tak szybko jak to możliwe, by uniknąć konfrontacji z bratem Aortha. W tym samym czasie po drugiej stronie miasta… - Co to miało być? - zapytał siebie po tym jak dziwna moc, wyrzuciła go wysoko w powietrze, wskutek czego wylądował w tym miejscu. - Raz, dwa, trzy... - gdy te słowa ledwo co dotarły do jego uszy, usłyszał nagle eksplozję, która sprawiła, że od razu zwiększył swoją czujność. Idąc cicho pomiędzy drzewami, unikał kontaktu z czymkolwiek, przez co mógłby dać się wykryć i zupełnie jak duch szedł w kierunku regularne wypowiadanych słów. - Raz, dwa, trzy... Krwawy Trójząb... - nieudany efekt utworzenia nowej broni przez Sartiona zakończył się porażką. - Połączenie Trójzębu z magią krwi to jakiś niewypał. Nie mam żadnych pomysłów jak rozwinąć magię krwi. Co by na moim miejscu zrobił Kazama? Słysząc ostatnie słowa syrena, osobnik kryjący się w cieniu drzew nagle postanowił się ujawnić, a na jego twarzy widniał delikatny uśmiech. - Znasz Kazamę Ryujiego? - zapytał spokojnie, chcąc tylko się upewnić, czy aby dobrze zrozumiał sytuację. - Kim jesteś? - Sartion był wyraźnie zaskoczony pojawieniem się nieznajomego. Natychmiast dobył swój trójząb i skierował go ku osobnikowi przed sobą. W tej samej chwili krople deszczu zaczęły spadać z nieba, sprawiając, że wartość bojowa Sartiona podniosła się w jednej chwili o cały poziom. - Szlag... To dość niekorzystne. Ten cholerny Ergan przegiął z tamtym słupem ognia. - powiedział cicho pod nosem, po czym spojrzał Sartionowi prosto w oczy. - To jak, łączy cię coś z Kazamą, czy nie? Pytam, bo nie wiem czy mam cię zabić, czy olać. - Nie twoja sprawa. - odpowiedział Sartion, nie spuszczając oczu z wroga. - Owszem moja. Jestem jego przyjacielem i tak się składa, że relacje między nami trochę się pogorszyły. - powiedział w ogóle, nie traktując Sartiona poważnie. - Na tyle by zabić mnie, jeśli mam z nim coś wspólnego? - zapytał z nutką pogardy w głosie. - Nie, nie, nie, aby cię zabić wystarczy mi za powód ta magia krwi. - oznajmił, po czym w jego dłoni pojawił się miecz. Atmosfera wokół tej dwójki stała się napięta. W tej chwili obaj mierzyli się wzrokiem i czekali na ruch przeciwnika, gdy nagle krople deszczu zatrzymały się w powietrzu. Obaj ruszyli w tym samym momencie sprawiając, że uwolniona przez nich energia starła się ze sobą i niczym żywe istoty walczyły o dominację na tym niewielkim polu walki. - Nie myśl, że tak łatwo mnie pokonasz. - krzyknął Sartion, a wokół jego trójzęba owinęły się wodne węże, które wystrzeliły nim sama broń dosięgła celu.­­ Jednakże jego przeciwnik, zupełnie jakby widział przyszłość, z łatwością przemknął między wodnymi wężami, po czym jednym szybkim ruchem skierował swe ostrze ku szyi Sartiona, lecz nim jej dosięgnęła syren uskoczył do tyłu. "Jest silny." Skomentował, zdając sobie sprawę z mocy swojego przeciwnika. - To wszystko, na co cię stać, nawet w sprzyjających dla ciebie warunkach? - zapytał, patrząc z pogardą na Sartiona, a w jego oczach pojawił się niezmierzony chłód. - Pokaże ci jak powinno się walczyć. Wraz z tymi słowami spod jego stóp zawiał silny wiatr i w mgnieniu oka pojawił się przed syrenem, gdy jego broń cięła w kierunku lewego ramienia syrena. Choć Sartion był w stanie zareagować na ten atak i zablokować go przy pomocy trójzęba, to odczuł siłę swojego przeciwnika, gdyż odbiła się ona na jego prawej ręce paraliżem. - Żałosne. - wraz z tymi słowami, młodzieniec nagle opadł na ziemię, a jego broń wydłużyła się tym samym przebijając wątrobę Sartiona, który nie był w stanie zareagować na ten nagły atak. - Dla ułatwienia powiem ci, że używam elementu powietrza i błyskawic. Sartion słysząc słowa przeciwnika spojrzał na niego ze wściekłością, bowiem arogancja młodzieńca przed nim sprawiała, że coraz bardziej gotował się ze złości, jednak rana, którą mu zadał sprawiała, iż nie był w stanie się ruszyć. - Dodam też, że nie możesz się ruszyć, ponieważ użyłem na tobie elementu błyskawicy. Nadążasz, prawda? - Ty... - wydusił z siebie Sartion przez zaciśnięte zęby, a jego wyraz twarzy był niczym u demona. - Jeśli to wszystko, na co cię stać, to pozwól, że to zakończę. - w momencie, gdy to powiedział jego broń powróciła do pierwotnego stanu, a następnie rozdzieliła się na dwa ostrza. - Fajna zabawka, prawda? Mogę dowolnie manipulować jej kształtem, co w połączeniu z moimi zdolnościami w zakresie sztuk walki sprawia, że jestem wyjątkowo niebezpieczny. "Krwawy... Ech?" Gdy nagle Sartion zauważył, że nie może tkać wypływającej z jego ciała krwi, z szokiem spojrzał na swojego przeciwnika, gdyż wokół jego dłoni zbierała się jego własna krew. - Jak ty? - zapytał niedowierzając. - Przecież mówiłem, że dla samej zdolności kontroli krwi byłbym skłonny cię zabić. - powiedział, a krążąca wokół jego dłoni krew syrena została przez niego ciśnięta niczym pociski w kierunku jej właściciela. Krwawe pociski były niczym decydująca broń w walce, gdy każdy z nich wbijał się w ciało Sartion'a, tym samym coraz bardziej go raniąc. - O wybacz, miałem cię złapać, a nie zabijać. - wraz z tymi słowami, po ciele Sartiona znikąd zaczęły przechodzić wyładowania elektryczne, a następnie broń młodzieńca zamieniła się w łańcuch, który oplótł się wokół sparaliżowanego syrena. - Żyjesz jeszcze? - zapytał z uśmiechem pogardy do swojego przeciwnika, zupełnie jakby uważał go za nic więcej jak robaka. - Ki.. Kim jesteś? - wydusił z siebie z trudem, a wszystkie wypalone elektrycznością rany na jego ciele nagle się otworzyły. - Nie dałem ci prawa głosu, ale skoro tak ładnie prosisz, to ci powiem. Jestem Masashi Arato i tak jak mówiłem jestem starym przyjacielem Ryujiego. - gdy tylko to powiedział, poczuł jak ktoś się zbliża w ich kierunku i wyraźnie nie miał wobec niego dobrych zamiarów. =============================================================================== Zapraszam do komentowania i brania udziału w małej ankiecie http://www.strawpoll.me/14642377
  5. - Chcesz go atakować teraz? - zapytała zszokowana dziewczyna, nie wiedząc, o czym myśli ich przywódca. - Oczywiście, że nie. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że walka z Ryujim w tym miejscu skończy się dla nas śmiercią. Musimy przygotować plan. - oznajmił i patrzył na trzy sylwetki w oddali. - Ryuzamo, co masz wspólnego z tym elfem? - zapytał Elkias, w momencie, gdy wokół jego ciała pojawiły się wyładowania elektryczne. - Nic, ale ze względu na pewne okoliczności jestem po jego stronie. Nie wiem, kim jesteś i skąd mnie znasz, ale bardzo bym się ucieszył, gdybyś sobie stąd poszedł. - oznajmił Ryuji, zachowując spokój na twarzy w obliczu aktualnej sytuacji. - Więc pozbędę się was obu. - oznajmił Elkias, gdy nagle poczuł czyjś oddech na karku. - Nie bądź arogancki. - słowa Ryujiego, który w mgnieniu oka pojawił się za jego plecami, sprawiły, że Elkiasa oblał zimny pot. - Zmieńmy miejsce. Nie potrzebujemy ofiar naszej walki. Ergan słysząc słowa Ryuzamy, nie wiedział, jak ma na nie zareagować, aż nagle poczuł jak noga jego wroga wbija się w jego tułów, po czym domieszką magii wiatru w niej zawartej zostaje wystrzelony pod kątem w powietrze. Nim w ogóle zdał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje, Ryuzama zupełnie jak cień, pojawił się przed nim i kolejnym mocnym kopnięciem, wyrzucił go kilka kilometrów za miasto. Elkias niczym ciśnięty w ziemię kamień, uderzył z impetem o drzewa, które nie mogąc wytrzymać takiej mocy, zwyczajnie zaczęły się łamać, aż do momentu, w którym ciało ergana zatrzymało się na większej skale. Z jego ust wydobyła się krew, a jego oczy niemalże odwróciły się na drugą stronę. Czuł, że jego przeciwnik nie użył na niego nawet połowy jak nie mniejszej części swojej mocy, a mimo to był w stanie zrobić z nim, co chciał. - To niemożliwe. Jeszcze niedawno, w walce z Diju i Garoshem mogłeś jedynie uciekać, wtedy na pewno nie posiadałeś takiej mocy. Teraz jednak czuję się, jakbym stał przed Garoshem. Jakim cudem tak szybko stałeś się tak silny? - wypowiedział Elkias ze szokiem wymalowanym na twarzy i niepokojem w oczach. - Myślę, że znasz odpowiedź. - Kazama odpowiedział krótko, po czym raz jeszcze użył Impulsu Światłocienia Duchowe Przyspieszenie, czyli swojej najpotężniejszej techniki do przemieszczania się i pojawiając się przed Elkiasem, jednym mocnym kopnięciem przebił jego ciało przez skałę. „Szlag by to. Nie jestem w stanie nadążyć za nim wzrokiem. Muszę jak najszybciej się doładować albo zmodyfikować aktualną przemianę. Ehh... najgorsze jest to, że prawdopodobnie nie dostanę nawet szansy, by to zrobić. On jest po prostu za szybki.” Pomyślał Elkias, gdy leżał nieruchomo na ziemi. - To wszystko, co potrafi Książę Noche Plateada? Czy może po prostu postanowiłeś dać sobie spokój? - zapytał Kazama bez cienia emocji, gdy patrzył na leżącego na ziemi wroga. - Zastanawiam się. - oznajmił z lekkim trudem, gdy manipulował swą energią. Tym, co w tej chwili robił Elkias była manipulacja energią wewnątrz żył i przemiana jej w ogień. Normalnie byłoby to wywołanie płomieni, jednak on nie pozwolił przy przemieniona energia tak po prostu opuściła jego ciało, przez co Ryuzama w ogóle nie wiedział, że jego przeciwnik cokolwiek robi. - Wiesz co? - zapytał Elkias, podczas gdy okaleczał się od wewnątrz płomieniami. „Jeszcze tylko chwila.” - Hmm? Co takiego? - zapytał Ryuji bez cienia zaciekawienia. „Już! Giń” „Piekielny Płomień: Zew Otchłani” Na oczach Kazamy, ciało ergana pokryły potężne, rządne krwi płomienie, wśród których unosiła się szkarłatna mgła. Krew Elkiasa parowała wraz z uwolnieniem przez niego nagromadzonej w ciele energii, a zarazem dokładnie w momencie jej uwolnienia zaczął przemianę. Fala płomieni rozeszła się wokół z tak absurdalną prędkością, że Ryuji nie był w stanie nawet uciec. Jednakże nie zamierzał też polegać na swojej regeneracji, tym samym dając czas swojemu przeciwnikowi. „Magiczna Sekwencja: Czarny Rycerz” Było to nic innego jak przyswojona przez niego sekwencja, którą zdobył na Ziemiach Gigantów. Wraz z jej aktywacją w mgnieniu oka jego ciało pokrył czarny, elastyczny pancerz, który był mało kosztowną stratą energii, bowiem stracił na jej aktywacji mniej, niż gdyby miał polegać na Zbroi Mrocznego Władcy. „To nie koniec.” Wraz z tą myślą Elkias wreszcie zaczął przemieniać swoje ciało, na co pokryty czarnym pancerzem Kazama patrzył z zaciekawieniem, gdy jego Zone pochłaniał energię z płomieni ergana. Płomienie, które pochłonęły okoliczny las wystrzeliły w powietrze, zupełnie jak wystrzelona przez gejzer woda, lecz o wiele większym polu rażenia. Gdy natomiast płomienie opadły i jedyne, co można było dostrzec w okolicy to płonący las, nowa postać Elkiasa ukazała się w pełnej okazałości przed Ryujim. „Stworzyłem ją na szybko, lecz mimo to jestem pewny, że z wszystkiego co mogłem wybrać, stworzyłem najlepszą mieszankę.” Elkias z uśmiechem na twarzy spojrzał na Ryujiego. - Widzieliście to? - Tak, tylko czym jest ten Czarny Pancerz? - Po jego kolorze duszy w tym momencie stwierdzam, że użył jakiejś sekwencji magicznej. - I to z pewnością nie jedyna. - Skąd wiesz? - Po nim wszystkiego można się spodziewać. - Mówisz, jakbyś go znał. Czyżbyśmy czegoś nie wiedziały? - Ej. - Sory. Ale wiesz o co mi chodzi. - Można powiedzieć, że są między nami niedokończone sprawy. - Myślisz, że pokonasz mnie w tej formie? - Zaraz się przekonamy. - odpowiedział niepewny swojej aktualnej siły Elkias, gdy nagle zrobił krok do tyłu i w mgnieniu oka pojawił się przed Ryujim. „Co do…” „He?” Choć Kazama był zaskoczonym tym jak nagle wzrosła prędkość ergana. Jednak jego oczy i tak były w stanie za nim nadążyć. „A więc ja też potestuje nowe zabawki.” Przeszło Ryujiemu przez myśl, gdy uniknął nie za bardzo z kontrolowanego ataku ergana, po czym zbliżył do siebie dwie otwarte dłonie. „Magiczna Sekwencja: Fuzja Żywiołów” „Fuzja: Światło i Mrok” Wraz ze zniknięciem Ryuzamy sprzed oczy Elkiasa, ten szybko rozejrzał się wokół i dostrzegł, jak jego przeciwnik gromadzi dwa potężne elementy w swoich dłoniach. - Pokaże ci, czym jest... - mówiąc to, starał się brzmieć groźnie, lecz nagle obie energie wyrwały mu się spod kontroli. - Co się dzieje? - szybkie pytanie wyleciało z ust kobiety, gdy nagle zaczęła się trząść ziemia. - Derianaye?! - Nie wiem. Kolor jego duszy zanikł. - wypowiedziała z szokiem na twarzy, gdy nagle potężne ciśnienie zgładziło całą grupę, Elkiasa i nikogo innego jak samego Ryujiego, w którego dłoniach nagle eksplodowały obie energie. Wybuch, jaki przy tym powstał pochłonął cały płonący las, a fala uderzeniowa dostała się aż do miasta. Jednak na tym się nie skończyło, bowiem gdy wszyscy leżeli na ziemi, nagle nieznana siła wyrzuciła ich wysoko w powietrze. - To było... Ała... Hehe... Niebezpieczne. - rzekł, leżąc w epicentrum eksplozji, która miała dopiero co miejsce, podczas gdy jego wzrok błądził po niebie. W kraterze o dość sporych rozmiarach leżał sobie jak gdyby nigdy nic, podczas gdy jego lewa ręka, noga i tułów były regenerowane. ============================================================================================ Zapraszam do komentowania, lajkowania i punktowania, ale najbardziej komentowania, bo mam wrażenie, że tylko te kilka osób co widuje tylko to czyta, a to źle.
  6. - Heh… to naprawdę się udało. - oznajmiłem patrząc na to jak stworzone przeze mnie nicie znikają w płomieniach, a zarazem pochłaniają tego przeklętego diabła. Mineko jest w moim rękach i uderza mnie łokciem w klatkę piersiową, a ja nadal patrzę w płomienie, które może tak, a może i nie zabiły tego cholernego diabła. Jedno jest pewne, ten potwór posiada zbyt szeroki asortyment zdolności esperskich. Muszę coś z tym zrobić, jeśli chce go zabić. Tak, dobrze słyszeliście. Mam zamiar zabić tego potwora i to nie dlatego, że muszę. Po prostu chcę być pewny, że w przyszłości jak trafię na równie potężny byt, będę w stanie stawić mu czoła. Nie mogę uciekać przez wieczność, gdy takie monstra rosną w siłę. Przetrwanie apokalipsy zombie i ewentualna walka z innymi esperami to jedno, ale jeśli takie potwory miałyby biegać zamiast zombie i esperów to nie widzę dla siebie przyszłości w tym świecie. Muszę zrobić dla siebie w nim miejsce, a pierwszym ku temu krokiem będzie zabicie tego diabła. - Powiedziałam, żebyś mnie wreszcie postawił na ziemię! - wraz z tym krzykiem dostałem łokciem w szczękę, co sprawiło, że się przewróciłem z Mineko na rękach. Gdybym upadł jeszcze sam byłoby to do zniesienia, ale teraz przyciska mi klatkę piersiową i nie mogę oddychać. - To kara za to, że nie chciałeś mnie puścić. - mówiąc to sama spojrzała w płomienie, gdy nagle gwałtownie odwróciła się w moim kierunku. - To żyje! Słysząc te słowa wstałem natychmiast. Te cholerstwo jest naprawdę twarde. - Uciekamy, a przynajmniej na razie. - oznajmiłem i zacząłem wycofywać się w przeciwnym do diabła kierunku. - Jak to na razie? Uciekajmy stąd! Nie chcę walczyć z tym potworem. - Ten potwór jest absurdalnie potężny. Wolę by na apokalipsa była wypełniona zombie, a nie takimi cholerstwami. - Przecież nawet nie wiesz, czy takie osobniki w ogóle się powtórzą. - Od samego początku spotykam coraz to gorsze monstra. Mam tego serdecznie dość. Ponadto przez te cholerstwo byłem zmuszony sam się pozszywać. Wiesz jak to boli? - … Nie wygląda jakby zamierzała to skomentować i słusznie. Sam nie chce tego ani komentować, ani do tego wracać, a co gorsza… - Mineko! To ty? - nagły krzyk z nie do końca znanego dla mnie kierunku dobiegł do moich uszu, wskutek czego natychmiast się zatrzymałem. Mineko, która to była wołana zatrzymała się o chwilę szybciej niż ja i natychmiast zaczęła błądzić wzrokiem po okolicy. - Kogo to głos? Nie wydaje mi się bym go znał. - Też nie jestem pewna, ale brzmi znajomo. - odpowiedziała, rozejrzała się wokół i nadgryzła wargę, gdy ostatecznie niczego nie znalazła. - Mineko! Tutaj! - raz jeszcze ów głos rozszedł się w powietrzu, a osoba, która krzyczała ukazała się niewielki kawałek przed nami. - To Kamiya. - wyszeptała cicho Mineko, po czym wystrzeliła jak strzała w jego kierunku. Nie mogłem zrobić niczego innego jak za nią ruszyć, lecz gdy tylko wylądowaliśmy obok ów poszukiwanego przez nas mężczyzny, przeraźliwy ryk rozszedł się w powietrzu, tym samym sprawiając, że po moich plecach przeszedł dreszcz. - Tędy. - powiedział Kamiya i przeszedł przez drzwi, a ja i Mineko za nim. Nie żeby coś, ale dopiero co go znaleźliśmy, a już się rządzi i nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że jest z nim coś nie tak. - Gdzie ty byłeś? Szukaliśmy cię. Co się stało? - Mineko, która szła od razu za Kamiyą posłała w jego kierunku serię pytań. - Byłem tutaj. Straciłem kontakt z profesorami, a to wszystko przez te wielkie diaboliczne cholerstwo napakowane esperskimi zdolnościami. - Wcale się nie dziwie. - skomentowałem byleby coś powiedzieć,. - Nie poznaję ciebie, kim jesteś? Nowy? Nowy i odświeżony. Serio? Dopiero teraz mnie zauważyłeś? Ehh.... - Ta… mów mi Kuro. - Miło mi cię poznać. Jak już pewnie wiesz, jestem Kamiya. Nie no, skąd? Przecież wcale cię nie szukałem. - Na uprzejmości cię wzięło? Znalezienie ciebie było naszą misją, więc skoro ją wykonaliśmy to wracajmy. Ja nie mam zamiaru walczyć z tym czymś. Był on w stanie oprzeć się nawet mojej grawitacji. - Wybacz Mineko, ale w takim razie nie będę mógł z wami wrócić. Ten wynaturzenie musi zginąć. I to mi się podoba. Nie potrzebujemy apokalipsy złożonej z takich monstr. - Aż się dziwię, ale ja się z nim zgadzam. - Kuro… - Co? - Dziwnie się zachowujesz, wiesz? Coś się w tobie zmieniło. - Z pewnością ilość szwów, ale nie latam z nimi na wierzchu, więc prosiłbym cię o nie patrzenie mi pod koszulkę. - Widzę, że nieźle się dogadujecie. - skomentował Kamiya, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. - Ja przez dłuższy okres czasu nie miałem się nawet do kogo odezwać. - Nie mów mi, że… - Mineko nie skończyła, bo wyraźnie nie chciała nawet tego robić. - Tak… wszyscy z mojej drużyny zaginęli. - Zaginęli? Nie zginęli? - zapytałem, gdyż skoro ten potwór był ich problemem, to raczej spodziewałbym się tego drugiego. - Tak zaginęli. Ponadto udało mi się dojść do tego z czym tak naprawdę walczymy. - Nie krępuj się, możesz mówić. - Za chwilę. - mówiąc to nagle się zatrzymał i otworzył drzwi. Od momentu w którym przekroczyliśmy drzwi na dachu, szliśmy cały czas w dół i mogę być pewien, że w tej chwili jesteśmy przynajmniej dwa albo trzy piętra pod ziemią. - Fajna kryjówka. - skomentowałem widząc magazyn należący z pewnością do wielkiego sklepu spożywczego. - Zapasy to podstawa. Bez nich nie przeżyłbym tych dni. - mówiąc to włączył światło, wskutek czego dostrzegłem wielki karton, który po brzegi był wypełniony przekąskami. Nie mam co sobie odmawiać. Podszedłem i chwyciłem za opakowanie ciastek, po czym dostrzegłem jak Kamiya i Mineko się we mnie wpatrują. - Coś nie tak? - zapytałem nie wiedząc o co im chodzi. - Jak ty możesz jeść w takiej sytuacji? - zapytała Mineko nie ukrywając zdziwienia na twarzy. - Normalnie. - odpowiedziałem, po czym ciasto wpadło do mych ust. - Ponadto to Kamiya miał nam coś powiedzieć, a przerwał. - Tak… więc aby nie owijać w bawełnę powiem to od razu. Naszym przeciwnikiem nie jest diabeł, a zjawy. Zjawy? Ma na myśli duchy? - Kamiya? Jakie zjawy? - Są to istoty niematerialne, które są w stanie przejąć ciało dosłownie wszystkiego. Mogą wejść we wszystko począwszy od zwierząt, po ludzi, a nawet zombie i na diabłach kończąc. Nie znam sposoby na pokonanie ich, ale mogę was zapewnić, że wiem jak powstrzymać kontrolowanego przez nich diabła. Bosko… zombie, demony, a teraz jeszcze duchy. Czym sobie na to zasłużyłem? ======================================================================== To teraz tak. Komentować, lajkować itd, a jak nie podoba wam się postać Kuro to pisać komentarze, bo ich brak sprawia, że mój brak czasu na pisanie, przeradza się w brak czasu i chęci
  7. - Hahaha!!! Świetnie!!! Choć odniosłem małe obrażenia, to jednak nieźle mnie doładowałeś. Od razu widać, że jesteś dobrze zapoznany z elementem błyskawicy, jednakże jest to o wiele za mało, by mnie pokonać. Widząc to, ze złości na twarzy Serthinaya pojawiły się żyły. Nie odpowiedział nic na słowa swojego przeciwnika, a zamiast tego delikatnie opuścił głowę. Jego włosy opadły mu na twarz, a na jego ustach zagościł przeraźliwy uśmiech. „Jak taki robak śmie mi się sprzeciwiać?” Zapytał sam siebie, zacisnął pięści do tego stopnia, że z jego dłoni pociekła krew, a na koniec uniósł swoją głowę. Jego oczy wyrażały niezmierzone chęci mordu. - Zabije cię. - Chciałbym to zobaczyć. – gdy tylko te słowa wydostały się z ust Elkiasa, nagle jego sylwetka zniknęła, a jego pięść z wielką siłą trafiła w brzuch Serthinaya. Z ust elfa wyleciała krew, a jego oczy dostrzegły kościste skrzydła wyrastające z pleców Elkiasa. „Co do diabła?” Jego oczy wyrażały strach. „Zniszcz...” Nim jednak Elkias zdążył pomyśleć o nazwie techniki, której zamierzał użyć, ogromna energia duchowa sprawiła, że odskoczył od Serthinaya. Jego instynkty dały mu do zrozumienia, że gdyby został tam choć chwilę dłużej, stałoby się coś strasznego. Jeszcze dziwniejsze było to, że energia ta nie pochodziła od Serthinaya, a dosłownie znikąd. Zupełnie, jakby jej istnieje jeszcze chwilę temu nie miało miejsca. Z tego powodu patrzył tępo na elfa, nie mogąc zrozumieć co to w ogóle było. Nikt wokół, w tym sam Serthinay nie wiedział co tam się właśnie stało, no chyba, że mowa o tym, który za tym stał. Kazama dalej będąc pod postacią elfa stał na gruzach jednego ze zniszczonych przez Elkiasa i Serthinaya domów, uważnie obserwując walkę. „Gdybym się nie wtrącił, brat Aortha byłby już martwy. Co to za czasy nastały, że muszę ratować wroga, przed wrogiem?” Pomyślał Ryuji, patrząc na zdezorientowanego elfa i ergana. - Nie wiem co zrobiłeś, ale to ci nie pomoże. – oznajmił Elkias, po czym skupił wewnątrz swojego ciała całą swoją energię. – Pokażę ci moją ostateczną formę. „Czarny Sakrament: Uwolnienie” „Czarny Sakrament: Szał” „Wzmocnienie bestii: Zestaw Ostateczny” Nagłe wybuchy energii mroku i czystej energii z ciała Ergana sprawiły, że fala niepokojącej energii rozeszła się po mieście. Mieszkańcy i pionki Serthinaya, nie mieli jak obronić się przed mocą, która w mgnieniu oka odebrała im przytomność. „Robi się ciekawie.” Pomyślał Kazama, patrząc jak obaj jego wrogowie zwiększają swą moc, jednocześnie nie będąc świadom, że jego zone karmi się pozostawioną przez nich w atmosferze energią. Elkias wraz ze swym ostatecznym zestawem przeszedł przez nagłą przemianę, jego ręce stały się wielkie jak u Setaksyu, lecz jego futro na rękach nie było niebieskie, a białe. Ponadto zamiast palców miał szpony. Nogi przemieniły się w masywny czarny ogon o szkarłatnych plamach. Tułów przeszedł deformację w skutek, której stał się cały pomarańczowy oraz uzyskał dodatkowe mięśnie, które wydawały się być niesamowicie twarde. Wzdłuż jego kręgosłupa ciągnął się rząd kolców, a spod łopatek wyrastały równe mu wielkością, wielkie kościste skrzydła. Zamiast twarzy miał dziób, a na całej głowie tysiące małych zielonych ślepi. - Wyglądasz jak porażka. – oznajmił Serthinay, na którego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. W mgnieniu oka, przeniósł się z powietrza na ziemię, a długie czarne ostrze cięło wprost w szyję ergana, lecz gdy tylko się z nią zderzyło, rozpadło się na tysiąc kawałków. Elkias zareagował niemal natychmiastowo, gdy nagle jego olbrzymie ręce ruszyły się, a szpony niczym pragnące krwi ostrza przebiły i wbiły elfa w ziemię. „Czarny Sakrament: Zemsta” W jednej chwili doznane przez Serthinaya obrażenia przeniosły się na Elkiasa nie tylko go tym zaskakując, ale i sprawiając, że ten zrobił kilka kroków w tył, gdy wszystkie jego ślepia wylądowały na ranach w jego ciele. - Hahaha... Mówiłem ci. – mówiąc to, Serthinay podniósł się z ziemi, a na jego ciele nie było choćby zadrapania po obrażeniach, które właśnie otrzymał. – Zabiję cię. Nim jednak zdążył zrobić cokolwiek, z ziemi wystrzelił wąż, który wbił się w bark elfa. - To mnie nie powstrzyma. – mówiąc to, złapał węża za głowę i mu ją urwał, jednocześnie stając się krwawym elfem. „Szkarłatny Sakrament: Toksyczna Krew” Wraz z jego aktywacją, Elkias zawył z bólu, gdy nagle na jego ogonie pojawiły się fioletowe żyły, które zaczęły eksplodować, tym samym wypuszczając z siebie śmiertelne toksyny. - Coś... Coś ty zrobił? – Elkias nie rozumiejąc co się stało, upadł na ziemię. - Głupotą było mnie gryźć. Moja krew jest w tej chwili śmiertelną substancją, na którą nie ma antidotum. Jednak nie musisz się martwić, nie pozwolę ci długo umierać. Zabiję cię natychmiastowo. „Szkarłatny Sakrament: Kontrola Krwi” „Szkarłatny Sakrament: Forma” Drugi Szkarłatny Sakrament sprawił, że Serthinay zyskał całkowitą kontrolę nad swą toksyczną krwią, a trzeci pozwolił mu na manipulację jego formą. „Tysiąc Krwawych Igieł” „Omphfils” Gdy nagle ciało Elkiasa zostało przebite od zewnątrz postanowił sięgnąć po swoją ostateczną kartą, a zarazem moc, której nie miał okazji jeszcze przetestować. Jego jeszcze jako tako humanoidalna postać zaczęła emitować potężną energią, wraz z którą jego ciało zaczęło przechodzić całkowitą transformację. Całe jego ciało w jednej chwili powróciło do pierwotnej postaci, lecz już po chwili obrósł białym jak śnieg futrem, wzdłuż którego pojawiły się złote zdobienia przypominające kości. Widząc tą prostą, a zarazem przerażającą formę, Kazama zrozumiał, że w tej chwili choć Elkias był już jako tako wyczerpany to jego moc drastycznie wzrosła. Ponadto rosła nieubłaganie, a jego moc w dosłownie chwilę była już równa temu, czym sam mógł się szczycić. „Jak to dobrze, że Anastazja pozwoliła mi wzmocnić się o geny Omphfilsa.” - Niedobrze. - Nie wystraszysz mnie! – krzyknął Serthinay. „Czarny Sakra...” „Impuls Światłocienia Duchowe Przyspieszenie” „Duchowe Ostrze Mrocznej Zawieruchy” Gdy nagle z niesamowitą prędkością, złote wzory na ręce Elkiasa zamieniły się w kolce i wystrzeliły w kierunku nie mogącego tego dostrzec Serthinaya, Ryuji postanowił zareagować i wraz ze swym potężnym zestawem szybkości z ofensywą powstrzymał atak ergana. - Ryuzama? - Kto? - Kazamo Ryuji, wiedziałem, że to ty. Z pewnością zapłacisz mi za wszystko swoją głową. - Sam nie wierzę, że to robię. – oznajmił Ryuji, patrząc na Elkiasa, gdy stał przed znieruchomiałym bratem Aortha. – Serthinay, możesz uznać mnie za sojusznika i spadać. Zajmę się nim. Słowa jak i moc nieznajomego zszokowały krwawego elfa.
  8. - Pokaż co potrafisz, a nie kłapiesz tą niewyparzoną jadaczką. – mówiąc to, Elkias delikatnie podniósł głos, a energia wokół jego ciała sprawiła, że wszyscy wokół poczuli nagłe duszności. Sprawiło to, że zwykli mieszkańcy zaczęli się powoli cofać, aż wreszcie nie byli w stanie dostrzec Elkiasa i Serthinay’a. Jednak znaleźli się tacy, co wytrzymali energię ergana bez większego problemu i z ciekawością patrzyli na to, co się dzieje wokół. - Będzie ciekawie, czyż nie? - To jest nieważne. Obserwuj tego elfa przy ścianie, nadal coś mi w nim nie pasuje. - Mówiłam ci już, jego aura nie ma barwy. Jest to nienormalne, ale równie dobrze może być wypaczony z emocji. - I właśnie dlatego go obserwuj. Coś mi w nim nie gra. Serthinay patrząc na gotowego do walki Elkiasa, wyciągnął przed siebie prawą dłoń. W tym samym czasie na jego ustach pojawił się szyderczy uśmiech, a on jakby za sprawą iluzji przeszedł natychmiastową przemianę rasy, tym samym stając się mrocznym elfem. „To będzie niemiłosiernie łatwe.” Pomyślał biegnąć na ergana przed sobą. Wokół jego dłoni zaczęła zbierać się energia mroku, a gdy tylko zbliżył się na odległość dwóch metrów od swojego przeciwnika, w swej lewej dłoni zmaterializował długie na dwa metry jednoręczne ostrze. „Za wolno.” Elkias widząc ruchy swojego przeciwnika, zmienił swe oczy na takie same, jakie można dostrzec u krwiożerczych bestii. Gdy ostrze w dłoni Serthinaya zostało skierowane ku szyi Elkiasa, ten tylko wyciągnął przed siebie dłoń. „Miriszmin” Nie było to żadne zaklęcie, a tym bardziej nazwa umiejętności. Była to nazwa dość rzadkiej istoty, która posiadała dość wysoką odporność na żywioł mroku, bowiem sama korzystała z elementu światła. Wraz z wypowiedzeniem nazwy tej istoty prawa ręka ergana przeszła nagłą transformację. Jego pięć palców, zamieniło się w trzy szpony, a włosy na skórze zmieniły się w srebrną sierść, która nagle rozrosła się po całej ręce. Była to charakterystyczna dla erganów zdolność metamorfozy, lecz w przypadku Elkiasa, który był na poziomie świętego, przemiana nawet jednej części ciała nie była dla niego problemem. Ostrze Serthinaya, które wydawałoby się być niepowstrzymane i niesamowicie potężne zderzyło się z prawą ręką Elkiasa. Zamiast jakichkolwiek obrażeń, zmaterializowana z mroku broń rozproszyła się niczym najzwyklejszy dym, po czym rozwiała się na wietrze. - Jakże słaby. – wymruczał pod nosem Elkias, po czym jeden z jego szponów zamienił się w węża, który z prędkością godną błyskawicy owinął się i zacisnął na szyi mrocznego elfa. Jednak nawet w takiej sytuacji Serthinay nie czuł się zagrożony, zamiast tego delikatnie się uśmiechnął, gdy nagle w następnej chwili jego ciało wybuchło, tworząc gigantyczną eksplozję. Fala uderzeniowa, która przy tym powstała z łatwością zmiotła okoliczne domy. Zniszczeniu uległa też karczma, przy której stał Ryuji, jak i grupa osobników, która nie spuszczała go z oczu. Jednak wraz z tą falą uderzeniową oddalili się od siebie kawałek, lecz nie zniknęli sobie z zasięgu wzroku. „I czego się tak gapią? Myślą, że nie widzę?” Kazama w myślach zastanawiał się nad tymi, którzy byli nim tak zainteresowani, że darzyli go swoją uwagą, lecz szybko dał sobie z tym spokój i zaczął szukać swym wzrokiem Serthinay’a. - Wyjąłeś mi to z ust. – oznajmił szlachetny elf, który był nikim innym jak Serthinay’em. – Nie wierzę, że nie dostrzegłeś tak prostej iluzji i dałeś się tak łatwo pokonać. - To wszystko, na co cię stać? – nagle głos Elkiasa niczym grzmot z jasnego nieba uderzył w serce Serthinaya, który nie spodziewał się, że jego przeciwnik to przeżyje. Po chwili z powstałej chmury kurzu, pojawiła się sylwetka Elkiasa. Był on cały szary, a jego ciało wydawało się być jak te u staraxów. Nie odbiegało od nich za bardzo, ale prosta postawa oraz nietypowe dla tego gatunku sześć rogów na głowie było czymś co sprawiłoby, że nikt nie powiązałby go z tymi kamiennymi istotami. Prawda była jednak inna. Elkias absorbując właściwości staraxów jak i innych, kamiennych potworów, stworzył własną mieszankę genów, której używał w metamorfozie. Była to unikatowa dla aktualnej rodziny królewskiej zdolność. Metamorfoza genetyczna to sekwencja, która pozwala na łączenie właściwości zaabsorbowanych istot na poziomie genetycznym. Była to jedyna i niepowtarzalna broń w rękach rodziny królewskiej, która stawiała ich ponad swoją rasę. - Dopiero się rozgrzewam. – odpowiedział elf, nie tracąc swej arogancji i uformował przed sobą kilka magicznych kręgów. – Teraz zacznie się zabawa. „Pokaz Błyskawic: Szalejące Bestie” Z utworzonych przez Serthinaya kręgów wystrzeliły skierowane w Elkisa błyskawice. Z głośnym hukiem rozdarły powietrze i niosąc za sobą pasmo śmierci, ruszyły na ergana. „Ripo...” Nie kończąc nawet nazwy bestii, błyskawice, które miały go dosięgnąć zmieniły się w bestie. Wielki, stworzony z błyskawic tygrys jako pierwszy przeprowadził atak, który rozdarł ziemię i choć nie trafił, to odrzucił Elkiasa na kilkanaście metrów w tył. „Szlag...!” Pomyślał, a przed jego oczyma pojawiła się wielka, utworzona z błyskawic pięść. Należała ona do niczego innego jak Goryla, tyle, że większego. Potężne uderzenie sprawiło, że pod wpływem niszczącej mocy trzy domy zniknęły, jakby były zbudowane z papiery, a sam Elkias wraz z nimi został rozwiany na wietrze. Czując przeszywający jego ciało ból i błyskawice wędrujące po jego ciele, leciał sparaliżowany w powietrzu, aż nagle stworzony z błyskawic wielki latający drapieżnik wbił w niego swój dziób, po czym niczym najprawdziwszy grom z impetem skierował go ku ziemi. Wraz z upadkiem z ust Elkiasa wypłynęła krew, a obszerne oparzenia były widoczne na całym jego tyłowi. - He, he... He... – zaśmiał się delikatnie, po czym jego obrażenia zaczęły znikać. Serthinay widząc jak jego trzecia bestia wbija Elkiasa w ziemię, użył elementu wiatru by podlecieć i zobaczyć stan swojego przeciwnika. Tym, co jednak dostrzegł nie był ranny przeciwnik jak oczekiwał, a...
  9. „Ech? Znowu te przebudzenie? Czym to jest?” Ryusaki zadawał sobie te pytania, uciekając z Rade’em na lewym barku. W tym momencie jego prawa ręka krwawiła i z pewnością była złamana. Ponadto pozostały na niej ślady po łańcuchu należącym do Głowy Dragon Four. Widząc po raz kolejny postęp przebudzenia, Akira nie miał zielonego pojęcia, o co chodzi, a aktualna sytuacji nie pozwoliła mu nawet się nad tym zastanowić. „Tam, za nim!” Ktoś krzyknął w oddali niczym skończony idiota, bowiem tym samym dał sygnał Akirze, że depczą mu po piętach. Ryusaki jednak wiedział, że nie może uciekać w nieskończoność z nieprzytomnym Rade’em, gdyż wiedział, że musi zająć się swoją prawą ręką. „Poleż chwilę. Muszę zająć się kilkoma śmieciami.” Mówiąc to, dobył swą sprawną dłonią ostrze, zamiast Urumi i z twarzą ku stronie, z której miał nadejść pościg, czekał na swych przeciwników. „Widzę go! Zatrzymać się!” „Przestał uciekać?” „Pewnie jest gotowy umrzeć.” „Zamknijcie się i walczcie.” Słysząc spokojnie wypowiadane przez wrogów słowa, Akira przybrał pozycję do ataku i ruszył na grupę kilkunastu osób. Walczący w zwarciu natychmiast przybrali pozy do walki, strzelcy dobyli łuki i kusze, a magowie trzymali się na samym końcu, przygotowując zaklęcia. „Sztandar: Stos Czaszek” Ukazując wizję śmierci swym wrogom, Akira w jednej chwili pozbył się połowy z nich, zaczynając od tych uzbrojonych w broń białą. Gdy tylko pozostali wydostali się z tych okropnych wizji śmierci, natychmiast zrobili kilka kroków w tył i ze strachem w oczach patrzyli na człowieka, który wyeliminował właśnie połowę ich grupy. „Kula Ognia” „Grom” „Lodowy Pocisk” Trzy zaklęcia wykonane przez magów poszybowały w powietrzu, a każde z nich emanowało mocą, która była w stanie przerazić swoje ofiary. Z Akirą było jednak inaczej... „Siła Ponad Magią” Aktywując jedną z ostatnio zdobytych umiejętności ze ścieżki szału, zamachnął się swoim ostrzem w kierunku zaklęć i każde z nich bez jakiegokolwiek oporu zostało zniszczone na kawałeczki. Pozostały po nich tylko nikłe podmuchy many rozchodzącej się w powietrzu. Widzący to wojownicy zaniemówili, a strzelcy z przerażeniem w oczach wystrzelili w jego kierunku strzały i bełt, żadne nie trafiły. Wszystko przeleciało tuż obok Ryusakiego zupełnie, jakby bało się go trafić. „To potwór...” Wymamrotał jeden z łuczników i już miał brać nogi za pas, gdy nagle raz jeszcze stał się ofiarą wizji śmierci. Tym razem ten sztandar pozwolił mu na wycięcie w pień wszystkich jednostek, które wyjęły przeciwko niemu broń, bowiem jeden osobnik był jej pozbawiony. Był albo raczej była ona uzdrowicielką, która widząc absurdalne zdolności człowieka, który wymordował nagle wszystkich jej towarzyszy padła na ziemię ze strachu i nie była w stanie nawet uciec. „Masz szczęście. Będziesz żyć tak długo jak będziesz mi przydatna.” Oznajmił Akira, po czym odłożył ostrze do pochwy i lewą dłonią chwycił rudowłosą kobietę za włosy, ciągnąc ją po ziemi odwrócił się ku Rade’owi, po czym rzucił kobietą o ziemię. „Wylecz go!” Mówiąc to niczym diabeł z czeluści piekieł, sprawił, że już i tak przerażona kobieta, niczym bezbronne dziecko podeszła na czworaka do rannego Rade’a. „Teraz!” Akira raz jeszcze podniósł głos i już miał raz jeszcze zadać tej kobiecie ból, gdy nagle dobyła ona z rękawa sztylet i przyłożyła go Rade’owi do szyi. „Nie... Nie ruszaj się... A... Albo go za... Zabije.” Wydusiła z siebie przez dręczący ją strach i z drżącą dłonią, w której trzymała sztylet groziła zabiciem Rade’a. Akira patrząc na tą kobietę, rozszerzył ze zdziwienia swe przerażające spojrzenie, po czym opuścił głowę zupełnie, jakby był czymś zawiedziony. Jednak po chwili, która nie trwała nawet kilku sekund nawiązał z nią kontakt wzrokowy i spokojnie rzekł: „Jeśli uważasz, że zabicie go uratuje cię przede mną to zrób to, ale wiedz, iż będziesz tego żałowała bardziej niż ja.” „Zamknij się, bo to zrobię. Zobaczysz. Zrobię to.” „Więc to zrób, a nie kłapiesz jadaczką.” Rzekł Akira i choć mógł użyć na niej wizji śmierci, to tego nie zrobił. Zamiast tego szedł w jej kierunku, ze wzrokiem, który gdyby mógł, zabił by. „Ja...” Wydusiła z siebie, czując, że człowiekowi przed nią w ogóle nie zależy na jej zakładniku i naprawdę będzie w stanie podarować jej coś gorszego od śmierci. Wiedząc to, przekręciła sztylet i wbiła go sobie w serce. A przynajmniej miała taki zamiar, lecz strach i trzęsące się z jego powodu dłonie sprawiły, że ostrze wypadło jej z ręki. „Zły wybór.” Oznajmił cicho Akira, po czym podniósł sztylet, kucnął przy kobiecie nawiązując przy tym kontakt wzrokowy. „Co do tego cierpienia, to kłamałem.” Rzekł spokojnie i jednym precyzyjnym ruchem przeciął kobiecie tętnicę udową jej własnym sztyletem. „Jeśli go nie uratujesz w tej chwili, nie zdążysz uratować siebie. Lepiej doceń ten dar, póki jeszcze jestem litościwy.” Słysząc jego słowa, kobieta patrzyła się na niego tempo, a jej wzrok wydawał się mówić: „Co w tym jest litościwego?”, jednak mimo to przyłożyła swe dłonie do Rade’a i czując bezsilność w tej sytuacji, postanowiła zrobić wszystko, by przeżyć. Już w następnej chwili jej dłonie spowiło zielone światło, które wyraźnie miało pozytywny wpływ na rannego Rade’a. Widząc to, Akira zbliżył swe usta do jej ucha i rzekł: „Grzeczna dziewczyna.” Mimo iż w tych dwóch słowach nie było żadnej groźby i ostrego tonu, to kobieta poczuła przeszywający jej ciało dreszcz na plecach, który pojawił się wraz z tym, jak jej serce dosłownie na chwilę zamarło. Poczucie strachu, które dopiero co drapieżnie atakowało jej psychikę, stało się teraz spokojne, lecz nie oznaczało to, że było choć trochę słabsze. Wręcz przeciwnie, zmuszona od uleczenia swojego wroga kobieta czuła jeszcze większy strach. W martwej ciszy, która powstała w tej chwili wokół tej trójki ludzi, rany Rade’a znikały jedna po drugiej, gdy nagle po dłuższej chwili otworzył swe oczy. „Teraz moja ręka.” Wyszeptał Akira do ucha kobiety, a ta posłusznie odwróciła ku niego swój pusty wzrok. Wyglądała zupełnie jak ludzka lalka, która była gotowa wykonać każde jego polecenie. Nawet Rade, który dopiero co się przebudził, poczuł jak dziwnie chłodna i przerażająca aura wydobywała się z ciała Akiry. „Co się stało?” „Rade, zajmij się nimi. Za chwilę do ciebie dołączę.” Rzekł ze spokojem Akira, podczas gdy był leczony przez kobietę z mrocznej gildii.
  10. - Oo… Jednak jesteś? Tak się zastanawiałem nad tym, gdzie się podziałaś. Dobrze, że jesteś cała. - oznajmiłem, nie przerywając zszywania wszystkich swoich ran oraz organów uszkodzonych podczas bezmyślnego ratunku w wykonaniu Mineko. Nie żebym nie był jej wdzięczny, ale mogła mnie zabić. Wyraźnie nie obchodziła się ze mną delikatnie, a przecież byłem ciężko ranny. Nie żebym teraz nie był, ale czuję się jakbym doznał oświecenia, co do mojej zdolności i jakoś łatwo mi teraz przychodzi kontrolowanie nici. Wcześniej oczywiście też nie było to jakoś specjalnie trudne, ale teraz robię to z taką łatwością, jakbym się z tą zdolnością urodził. Dziwne uczucie. - Tak, jestem. Wszystko z tobą w porządku? Niby w jej słowach potrafię wyczuć troskę, ale z drugiej strony zrobiło się jakoś dziwnie. Zupełnie, jakby jej nastawienie do mojej osoby się zmieniło. Nie wiem tylko czy na lepsze, czy gorsze. *Wraugh - Co do diabła? - zapytała Mineko, rozglądając się wokół, ja natomiast skończywszy się zszywać, podszedłem do okna. Ten sam diabeł, co wcześniej, stał na dachu jednego z mniejszych budynków i raz jeszcze zaryczał jak pojebany. Przez chwilę nie rozumiałem co zamierza, ale lada moment zrozumiałem. W jednej chwili z każdej strony zaczęły wychodzić zombie. Dopatrzyłem się nawet tych demonicznych kundli oraz tych strzelajacych kulami ognia cholerstw. Nie wygląda to zbyt dobrze, ale tak wiele potworów w jednym miejscu, po prostu nie może oznaczać niczego dobrego… Pojebawszy? Diabły? Więcej ich matka nie miała? Bosko, do naszego diabełka dołączyli się koledzy. Teraz ładnie we trójką stoją na tym pieprzonym dachu i patrzą w tym kierunku, jak pojebani… Patrzą, tutaj… Na mnie. - Kurwa! Mineko! - krzycząc, odwróciłem się do tyłu i tym, co ujrzałem były 3 cholerne diabły. Skąd mogłem wiedzieć, że ten potwór jest na tyle inteligentny, by wezwać całe to cholerstwo tylko po to, bym wychylił się z kryjówki. Ponadto to cholerstwo ma teleportację tamtego gościa. Nie wiem skąd, ale jakoś odruchowo przyszło mi na myśl, że będzie to potrafił. Jednym słowem: “Mamy przejebane.” - Aaa…! Co do diabła?! Nic nie widzę! Spoko ja też, ale byłaś chyba gdzieś… Patrzyłem przez mrok, próbując coś dostrzec, lecz nie widząc efektów… Dostałem czymś między żebra, przeleciałem kilka metrów do tyłu i właśnie przyjebałem w kanapę. Nie bawię się tak. Choć chciałbym tak postąpić, to nie mogę. Te cholerstwa nie odpuszczą. Trzeba walczyć, ale najpierw. *Trach Wyjebać szybę… Ha, widzę. - Mineko! *Trach Ha. Usłyszała mnie i podążyła za mym głosem, tym samym też wyskakując przez okno. Z jej zdolnością grawitacji i moimi nićmi, oboje potrafimy unosić się w powietrzu, a co za tym idzie mamy przewagę… Te draństwo potrafi latać? - Pierdolę! Mineko wspomóż mnie! - Masz plan? - Ja atakuje, ty mnie wspierasz. - I to ma być twój plan?! - Lepszego nie mamy! Co do… Fuck!!! Bosko. Teraz jeszcze te ogniste skurwysyny z dołu do nas strzelają. Jakby latający diabeł nie był wystarczającym problemem. - Kuro, za tobą!!! - Co do? *Srruuu Cudowny unik, tylko ja mogłem to tak pięknie zrobić. Tylko co to za latające cholerstwo? Nigdy wcześniej tego nie widziałem. Szlag… Moje nici się palą. Okej, potwierdzone. Pierwszym moim celem zostają te ogniste skurwiele. Wraz z tą myślą, użyłem nici i skierowałem się ku ziemi, lecz te latajace ptaszysko znowu skierowało się prosto na mnie. No naprawdę. Jednym szybkim manewrem w powietrzu udało mi się związać dziób tego cholerstwa i go dosiąść. Hehe… Mam mounta, teraz będzie zabawa. Korzystając z spętanego i będącego pod moją kontrolą latającego, sam w sumie nie wiem co to ma być, skierowałem się ku tym strzelających cholerstwo, gdy nagle Mineko cisnęła czymś w ziemię. Nie no, przyznam, efekt jest boski, wygląda to jak po upadku małego meteorytu. Kilkadziesiąt zombie i psów zamieniło się w mięsną papkę. Ja natomiast patrząc na to jak głupi, odwróciłem wzrok od tych ognistych strzelców i kula ognia trafiła moje ptaszysko. Ogień buchnął jak szalony, a ja sam byłem zmuszony do natychmiastowego lądowania albo raczej, bo lepiej pasuje, ewakuacji. Choć mi się to udało i wróciłem do skakania w powietrzu to… Co do diabła? A no tak, diabeł… - Kuro! - krzyknęła Mineko i nagle obok mnie przeleciała na wpół rozpierdolona ciężarówka, która leciała wprost na tego cholernego diabła. To z pewnością będzie dobre... - Ee… Zatrzymał to bez dotykania… rozumiem. Ewakuacja? Szlag, nie mogę się ruszyć... No tak, wszystko jasne. - Mineko, to, co zrobiłaś było mądrym posunięciem, ale…! Ciężarówka znowu przeleciała obok mnie, tym razem to diabeł cisnął nią w Mineko. Ja pierdole, ci to mają zabawę. - Użyj grawitacji na obszarze pod diabłem! Mineko wyraźnie przez chwilę nie wiedziała co mam na myśli, ale wyraźnie załapała. Jupi. Skurwiel unieruchomiony, teraz tylko… W tym momencie mój wzrok utknął na strzelających do nas czartach. - Mineko! Skup się na diable i dopilnuj, by się nie ruszył. Mam plan. - mówiąc to, ruszyłem na czarty, jednocześnie zawiązując nici wokół otaczających mnie gruzów. Gdy tylko poleciały w moim kierunku kule ognia, zrobiłem unik i rzuciłem wszystkim co miałem, jednocześnie nie pozwalając, by płomienie dosięgły moich nici. Wszystko poszło po mojej myśli, skurwiele właśnie co wystrzeliły, więc jest moja szansa. Wszystko, co zebrałem w jednej chwili cisnąłem w te cholerstwa, po czym dla dodatkowego efektu, użyłem jeszcze nici, by spętać i dobić te cholerstwa. Mam nadzieję, że ten pręt mi do tego wystarczy. Trach, trach, trach - Mam was skurwiele. - Kuro! Pomóż mi, mam problem! - Co znowu? … Szlag pozostała dwójka diabłów. Niedoczekanie skurwiele. Nie dając sobie chwili wytchnienia, cisnąłem w nie zwłokami dopiero co ubitych czartów, a przynajmniej części z nich i ruszyłem w kierunku Mineko. Muszę zrobić jeszcze jedną rzecz, tylko problemem jest to, że muszę trzymać się nad ziemią, na której jest od cholery zombie i tych cholernych kundli. Gdy tylko dostałem się w strefę mroku z pamięci wycelowałem tym cholernym prętem, lecz na moje nieszczęście, poczułem jak ten pęka w momencie, gdy tylko dotknął skóry tego drania. - Kuro! Nie dam rady. Szlag. Nic nie widzę i mam przejebane. Okej, zostało mi tylko jedno. Bez namysłu rzuciłem we wszystkich kierunkach swoimi nićmi, zupełnie jakbym natychmiast chciał stworzyć pajęczą sieć, po czym skierowałem się na czuja w kierunku Mineko i miałem zamiar uciekać, ponieważ zaraz będzie naprawdę gorąco.
  11. Pomimo uczucia, które dokuczało teraz Akirze, zignorował on je i spojrzał na deszcz strzał, który odciął prawie połowę areny od światła, jakie do niej dochodziło. W jednej chwili nastał mrok, można było przez niego usłyszeć tylko rozdzierające powietrze strzały, które niczym nie różniły się w tej chwili od drapieżnych ptaków, które tylko czekają, by zaatakować. W tym totalnym mroku Akira zamknął oczy w celu uspokojeniu swojego umysłu, po czym zrobił kilka kroków i łapiąc dopiero co zabitego mężczyznę, użył go jako tarczy przed śmiertelnymi strzałami, jednocześnie szybko wycofując się w stronę Rade'a. Świst, świst, świst Strzały w mgnieniu oka zrobiły z trzymanych przez Akirę zwłok jeża, który został porzucony i jego miejsce zastąpił jego kompan, który skończył w podobny sposób. Dwa martwe ciała zostały zmasakrowane przez deszcz strzał do tego stopnia, że nie można było ich już nawet rozpoznać. Gdy ciemność, która przykryła arenę nagle zniknęła… „Zajebię niczym psa. Sprowadzić mi tu tego śmiecia! Nie pozwolę, by umarł łagodną śmiercią!!!” Widząc, w jaki sposób zostali potraktowani ludzie z jego Dragon Five, starszy osobnik z długą, szarą brodą i z opaską na lewym oku krzyknął szaleńczo, jednocześnie dobywając jedną ręką dwuręcznego ostrza. Jak na rozkaz wszyscy z Dragon Five ruszyli w stronę areny, jednak w tym samym czasie kolejny krzyk rozszedł się w powietrzu. Należał on do nikogo innego jak Ratza. Był on już w pełni uleczony przez oddział z Dragon One i rządny zemsty. Jego wściekłe spojrzenie utkwiło na jego nieprzytomnym przeciwniku i bez chwili zawahania wstał, minął uzdrowicieli i niczym dzika bestia rzucił się ku swojej ofierze. Akira widząc kolejnego przeciwnika, rzucił mu tylko szybkie spojrzenie i zignorował. Złapał nieprzytomnego towarzysza i zarzucił go sobie na bark, po czym ruszył w kierunku wejścia na arenę przeznaczonego dla niewolników. W międzyczasie zwinął swoje Urumi, gdyż używanie tej broni nadal nie przychodziło dla niego z taką łatwością, jaką by chciał i wycofywał się z niedawno zdobytym ostrzem w prawej dłoni. Nim jednak jakikolwiek członek Dragon Five, czy Dragon One zdążył do niego dotrzeć, poczuł dziwny chłód. Szósty zmysł ostrzegł go przed nagłym atakiem, który pojawił się dosłownie znikąd, lecz gdy tylko delikatny promień światła odbił się od ostrza wycelowanego w szyję Akiry, ten niczym berserk, którego ma jako swoją klasę, puścił ostrze i z niewyobrażalną prędkością skierował swą dłoń w pobliże szyi. Krew pociekła strumieniami z jego przebitej dłoni. Na twarzy Akiry pojawił się nieznaczny grymas, gdy ignorując ranę, złapał za nadgarstek przeciwnika, rzucił nim o ziemię, po czym kopnął w leżące przy jego stopie ostrze w taki sposób, że przeszło na wylot przez głowę jego niedoszłego zabójcy. Szybko wyciągając ostrze, zignorował spływającą po dłoni krew i kontynuował ucieczkę z tego przeklętego miejsca, bowiem zdawał sobie sprawę, że jego aktualnie umiejętności to za mało, by zabić tych wszystkich ludzi. W końcu było tam aż dziewięć ugrupowań ludzi, z czego w sumie było w nich około tysiąca. Nawet jeśli Akira był pewny siebie to wiedział trzy rzeczy. Pierwszą było to, że sześćdziesiąt procent z jego potencjalnych przeciwników byłoby tylko męczącym mięsem armatnim. Po drugie, w pozostałych czterdziestu procentach było mięso armatnie po drugim awansie, wśród których Akira wyczuł kilka naprawdę silnych osób, w tym magowie. „Bez mojego ostrza nie ma szans, bym próbował walczyć z tą hołotą.” Wyszeptał pod nosem Akira, uciekając wzdłuż korytarzy, aż nagle został zmuszony, by się zatrzymać. „Co to za hałasy? Kim ty jesteś?” Nie czekając jednak na odpowiedź kontynuował: „Za głośno coś się zrobiło, a ja nie lubię jak jest głośno, bo wtedy coś się we mnie budzi.” Akira słuchając słów tego łysego osobnika, patrzył na niego ostrożnie, jednocześnie wsłuchując się w korytarz, z którego wybiegł. Nie chciał zostać nagle zaskoczonym przez pościg, który z całą pewnością został za nim posłany. Nie wiedział jednak, że człowiek, który właśnie przed nim siedział, nie był tak słaby, jak mu się wydawało. Niski, łysy, garbaty i z łańcuchem owiniętym na lewej dłoni, człowiek, który był nikim innym jak Głową Dragon Four. „Nie powinieneś mnie ignorować.” Powiedział z uśmiechem na twarzy i zamachnął się swą lewą ręką. Już w następnej chwili Akira wyczuwając zagrożenie, zrobił unik przed wystrzelonym w jego kierunku łańcuchu, lecz gdy tylko to mu się udało, uderzył plecami o kraty. „Co do diabła?” Zapytał zaskoczony, gdy nagle został złapany za kostkę, po czym dwie masywne dłonie zaczęły go podduszać. Rade, którego miał na barku spadł z hukiem na ziemię, a garbaty łysol spojrzał na Akirę z uśmiechem na twarzy. „Jak ci się podobają moje pieski? Dbam o nich, by byli posłuszni i nie robili żadnych problemów przed swoimi walkami. Można by powiedzieć, że jestem kimś w rodzaju zarządcy tych niewolników.” Akira słuchając jego słów, spojrzał na niego tak, jakby próbował go zabić wzrokiem. „To daremne. Hehehe. Łapy.” Gdy tylko to powiedział, dłonie na szyi Akiry zastąpił łańcuch łysola. Stało się to tak szybko, że nie miał on nawet okazji złapać oddechu, przez co po zaledwie kilku kolejnych sekundach zrobił się siny. Tup, tup, tup Z korytarza, przez który wbiegł Akira dało się już słyszeć kroki, a on szarpiąc się, nie był w stanie uwolnić się z uścisku. Z chwili na chwilą coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością, aż wreszcie wraz z utratą sił bezwładnie opadł na ziemię. „Haha... I to by było na ty... Co to diabła!!!” Kilka chwil później… „Pan Orriarn z pewnością się nim zajął, w końcu tylko tu mógł uciec.” „W sumie racja, ale z drugiej strony szkoda. Chciałem zobaczyć jak staruszek zabija go w najokrutniejszy możliwy sposób.” „Ta...” Żołnierz w grupie z Dragon Six zaniemówił, gdy ujrzał Głowę Dragon Four. Leżał pod ścianą niczym zbity pies. Kałuża krwi pod jego ciałem powiększała się z chwili na chwilę. Powodem tego było nic innego, jak odcięta lewa ręka i szrama przebiegająca po jego twarzy od prawego oka, aż po lewy policzek. „Ducha zobaczyłeś? Czy się zesrałeś, szczeniaku jeden? Migiem!” W tym momencie wraz z chwilą wkurwienia złapał za swą lewą rękę i cisnął nią w oszołomionego młodzieńca. „Sama się nie przyszyje!” Rzekł i odwrócił wzrok w kierunku, w którym uciekł Ryusaki.
  12. Dawno nie wrzuciłem rozdziałów, więc pora to zmienić. Choćby o odrobinę, dlatego życzę miłego czytania. - I co, to wszystko? – zapytała Aria, nie mogąc uwierzyć w to, że różnica między Aorthem, a jego bratem była tak wielka. Przecież Aorth miał aktywowane wszystkie Czarne Sakramenty. Niemożliwym powinno być pokonanie go z taką łatwością. „Jak wielkim potworem stał się Serthinay?” Te pytania zadała sobie Aria, po tym jak usłyszała o przebiegu walki od Aortha. Sartion również był w niemałym szoku, bowiem nie spodziewał się, że ktokolwiek mógłby tak zdominować Aortha. Równało się to przecież z tym, że jego jak i Arię w walce z Serthinayem spotkałby ten sam los. „Jednym, który w tej chwili mógłby walczyć z Serthinayem jest Kazama, ale Aorth poprosił go, by mógł sam się tym zająć. Przecież to absurd.” Pomyślał, po czym jego wzrok wylądował na Aorthcie. - Jesteś pewny, że chcesz osobiście go pokonać? – zapytał, by sprawdzić determinację Aortha, bowiem nie śmiał prosić go o to, by poprosił Kazamę o pomoc, po tym jak oznajmił, że sam chce pokonać swojego brata. Sartion po części rozumiał w tej chwili Aortha. - Tak, jeśli tego nie zrobię... - Przestań, nie musisz tego mówić. - wtrąciła się Aria, jednocześnie wstając. - … - Rozumiem. Nie musiecie mi tego mówić, jeśli nie chcecie. Nie chcę was do niczego zmuszać. - oznajmił, po czym również wstał i skierował się ku drzwiom. - Jaki duży, a tak łatwo się obraził. - skomentowała Aria, po czym widziała tylko jak Sartion otwiera drzwi i wychodzi. - Idę potrenować. - rzekł, zdając sobie sprawę z tego, że wciąż nie opanował na przyzwoitym poziomie swojej kontroli krwi. Ponadto doskonale wiedział, że w tej chwili właśnie nikt inny, jak on był najsłabszym członkiem grupy. W końcu jako jedyny poległ w walce pod Bwarnhai, a to wystarczyło mu, by być pewnym co do swojej siły. „Jeśli Aorth będzie trenował z Kazamą z pewnością stanie się silniejszy niż jest teraz, a ja zostanę jeszcze bardziej w tyle. Nie mogę pozwolić sobie na bycie bezużytecznym, gdy przyjdzie co do czego. Muszę stać się silniejszy, by być dla Ryujiego wsparciem, a nie przeszkodą.” Pogrążając się w swoich myślach, skierował się poza zamieszkany obszar w poszukiwaniu dobrego miejsca na trening, jednak nim odszedł, wystarczająco daleko poczuł jak w okolicy pojawia się dość silna aura, która zmierzała ku miastu. Tymczasem... - Co takiego interesuje cię w nim? - zapytał jeden z osobników obserwujących jak Kazama spożywa posiłek. - Wydaje mi się być kimś innym, jego aura jest aż za bardzo znajoma, ale mimo to wygląda jak jeden z tym popaprańców. Nie wiem co o tym myśleć. - Ale nadal mam go obserwować, tak? - zapytała kobieta, nie wiedząc, czego tak naprawdę chce jej lider. - Tak... Obserwuj go. - mówiąc to, poczuł delikatny dreszcz na plecach i poczuł jak silna aura pojawia się w pobliżu miasta. - Może być ciekawie. - oznajmił jeden z nich, po czym wstał ze wzrokiem wbitym w okno, tym samym zwracając na siebie uwagę wszystkich w środku. „Ktoś dość silny przybył do miasta.” Stwierdził spokojnie Kazama, kończąc swój posiłek, po czym wstał, zostawił zapłatę na stole i opuścił karczmę. Widząc jak pojedyncze jednostki zaczynają kierować swój wzrok ku miejscu, z którego zbliżał się wykryty przez niego osobnik, oparł się o ścianę karczmy i czekał, aż ten nie kryjący swojej aury osobnik mu się ukaże. Nie musiał zbyt długo na to czekać, bowiem po kilku chwilach do jego uszy doszedł dźwięk wielkiej eksplozji, po czym wiele okupujących miasto brzydali ruszyło w kierunku zamieszania. Ryuji widząc co się wokół dzieje, nie ruszył nawet palcem. Zamiast tego skupił się na tym, co działo się wokół i uważnie obserwował. Aury należące do tych dziwnych, potwornych stworzeń znikały jedna po drugiej, aż wreszcie zaprzestały atakowania i zaczęły uciekać, wtedy też osobnik, który pozbawiał ich towarzyszy życia pojawił się w zasięgu wzroku Ryujiego. - Przecież to Czcigony Elkias! - krzyknął nagle jakiś ergan, po czym drzwi od zamkniętych domów zaczęły się otwierać, a chowający się w nich osobnicy opuścili swoje domostwa by sprawdzić, czy to co właśnie usłyszeli było prawdą. Ku ich szczęściu to naprawdę był Elkias, książę Noche Pateada, a zarazem jeden z pięciu świętych, którzy mieli złapać już jakiś czas temu nikogo innego jak Ryujiego. - Nie bójcie się przybyłem zakończyć tą farsę! - krzyknął wyraźnie pewny swoich zdolności, po czym minął karczmę, przy której stał Kazama i skierował się ku miejscu, które wskazali mu mieszkańcy. Ruszył wprost do miejsca, w którym znajdował się nikt inny jak osobnik, który przejął kontrolę nad miastem, a zarazem był celem zemsty Aortha, Serthinay. Widząc to wzrok Kazamy spotkał się ze wzrokiem Elkiasa, który patrzył na niego z wyraźną żądzą mordu. - Spokojnie, jestem tylko podróżnikiem. – oznajmił Ryuji, nie chcąc niepotrzebnie walczyć, po czym zdjął nałożone na siebie kłamstwo, jednocześnie nakładając nowe i utożsamiając się z postacią szlachetnego elfa. - Pozwolisz, że to sprawdzę? - zapytał z podejrzliwością, bowiem nie był w stanie wykryć tego na jakiej zasadzie działała technika wykonana przez osobnika przed nim. - Nie widzę problemu. - oznajmił Kazama bez cienia emocji, po czym podszedł do Elkiasa jakby był jego dobrym znajomym. Nie trzymał gardy, nie emanował choćby najmniejszą chęcią walki, ani nie myślał nawet o tym, by wbić erganowi przed sobą nóż w plecy. Jak tylko Ryuji znalazł się na wyciągnięcie ręki od Elkiasa, ten zbliżył do jego czoła swoją dłoń. „Wyciszenie.” Wypowiedziawszy w myślach nazwę techniki, Elkias ujrzał jak zupełnie nic się nie dzieje. - Przepraszam za kłopot. - rzekł, robiąc coś, czego Kazama by się nie spodziewał po kimś, kto posiada tak wysoką rangę społeczną jak książę. - Nic się nie stało. - odpowiedział z delikatnym uśmiechem, po czym przez tłumy zgromadzonym wokół ergan usłyszał pewne słowa. - Nie spodziewałem się, że Król tego państwa jest tak wielkim tchórzem, by chować się za swoim bachorem. - wraz z szyderczym śmiechem ów słowa zostały usłyszane przez wszystkich wokół. - A więc to ciebie przyszedłem zabić? - zapytał Elkias, patrząc na krwawego elfa z pogardą i niezachwianą pewnością siebie. - Mam nadzieję, że twoje życie będzie znaczyło więcej niż twoje bezwartościowe słowa. W końcu moim celem jest upolowanie o wiele większej ryby, aniżeli jakiegoś małego erganka z mocą na poziomie świętego. - podczas mówienia tego, uśmiech z jego twarzy nie zniknął nawet na chwilę. „No nie mówcie mi, że znowu chodzi o mnie.” Pomyślał Kazama, opuszczając głowę i wpatrując się w ziemię.
  13. Słysząc uderzenia w te cholerne drzwi, czułem jak coś zaciska się na moich skroniach, lecz wiedziałem, że jest to tylko moja wyobraźnia. Wiem, że jestem w szoku. Wylewa się ze mnie krew, słyszę dobijające się do mnie zombie i zdaje sobie sprawę z tego, że w każdej chwili mogę dostać jeszcze diabła na twarzy. - Chuj wam wszystkim w dupę!!! - krzyknąłem wkurwiony tą sytuacją. Jednak może równie prawdziwym stwierdzeniem będzie, że jestem w beznadziejnej sytuacji i czuję jak zbliża się mój koniec? Ja nie chcę umierać, nie tutaj, nie teraz, nie w takiej sytuacji, nie w jakimś opuszczonym magazynie podczas pierdolonej apokalipsy. Czując chłód i uspokajając się, zrozumiałem, że zbliża się mój koniec. Mój wzrok wylądował na moich dwóch ranach postrzałowych, a moje zmysły zaczęły wariować. Z chwili na chwilę jęki zombie robiły się coraz głośniejsze i głośniejsze sprawiając, że czułem, jakby moja głowa miała zaraz eksplodować. W tym samym momencie wpadłem na pomysł, dość chory i pojebany pomysł przeprowadzenia na sobie operacji. W końcu panuje nad nićmi, więc nie powinno być nic dziwnego w tym, że mogę zszywać własne rany. Pozytywne myślenie sprawiło, że bez chwili wahania powoli wprowadziłem nić do rany postrzałowej z zamiarem dorwania tych cholernych pocisków i wyciągniecia ich, potem zostanie mi już tylko zszyć ranę. I co, kurwa, najgorsze muszę to zrobić na żywca. To boli, cholernie boli i sprawia, że mam zamiar po prostu dać sobie spokój, lecz z drugiej strony moje pragnienie życia jest silniejsze. Czując jak nici docierają do obcej substancji w moim organizmie, powoli i delikatnie zacząłem je owijać wokół pocisków i dopiero, gdy byłem pewien, że skutecznie je owinąłem, jednym szybkim ruchem postanowiłem je wyciągnąć. Krew strzeliła z rany, a ja poczułem napływ bólu, który sprawił, że z moich oczu mimowolnie popłynęły łzy. Cały się trząsłem i nie mogłem opanować moich dłoni. Krew opuszczała moje ciało coraz szybciej i tym samym coraz bardziej byłem świadom tego, co na mnie czeka, jeśli się nie przyłożę. - Kurwa!!! ... pierdole. - udało mi się wyciągnąć tylko jeden zawszony pocisk. Starając powstrzymać się moje drżące dłonie, zrozumiałem, że jest to daremne i pod wpływem nagłego dreszczu, wywołałem nici, którymi ciąłem się po dłoniach. Jest to dodatkowe krwawienie, jednak nie tak poważne, jak kula w moim ciele, przez którą widzę wciąż rosnącą pode mną kałużę krwi. Ból rozchodzi się po całym moim ciele, jednak udało mi się powstrzymać moje dłonie i raz jeszcze wprowadziłem nić do rany po postrzale. Skończyło się na tym, że po chwili wydobyłem drugi pocisk i już miałem zacząć zszywać moje rany, gdy nagle ujrzałem, jak powstrzymujące zombie żelazne drzwi, wyginają się, jakby były zrobione z gumy, po czym z impetem wyleciały z zawiasów. Istota za to odpowiedzialna cisnęła nimi wzdłuż całego magazynu, a ja patrząc na nią z osłupiałym wyrazem twarzy, zdałem sobie sprawę z tego, że mam przejebane. Nie żebym nie wiedział o tym wcześniej, ale teraz po prostu jest jeszcze gorzej. Jest tak beznadziejnie, że nie mam pojęcia, jak wyrazić słowami to, jak bardzo mam przejebane. - Chyba mamy naszego uciekiniera. - głos rozszedł się w powietrzu, na chwile po tym jak jęki zombie ucichły. Moje powieki lekko opadły, a po chwili zostałem otoczony przez mrok. Boom Usłyszałem wybuch, po czym przed moimi oczyma pojawił się nikt inny, jak Mineko, która chwyciła mnie i w następnej chwili wylecieliśmy przez wielką dziurę w dachu magazynu. “Bezpieczny” pomyślałem, tracąc przytomność. ---Perspektywa Mineko--- Po tym, jak tylko zdałam sobie sprawę z mojej beznadziejnej sytuacji, starałam się ze wszystkich sił użyć swojej zdolności i choć widziałam, jak jest ona używana na mnie, to nie mogłam zaakceptować tego, że została skradziona. W ostatniej chwili udało mi się ją aktywować i bez chwili zawahania, zmieniłam moich oponentów w kałuże krwi i rozgniecionego na papkę mięsa. Pierwszy raz użyłam mojej umiejętności w charakterze tam zabójczej i nieludzkiej broni, lecz dzięki temu wychodzę z tej walki zwycięsko. Nie trwało to jednak długo, gdyż wiedziałam, że nie mam czasu na odpoczynek. Opuściłam moje pole bitwy i wystrzeliłam w powietrze. Nie mam czasu do stracenia, muszę skontaktować się z… Kątem oka w oddali dostrzegłam jakąś wielką sylwetkę i instynktownie postanowiłam to sprawdzić, lecąc w ów kierunku szybko ujrzałam doki oraz wiele magazynów. Do jednego z nich starali się dostać zombie, a ów wielka sylwetka własnie kroczyła w ich kierunku. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że to, iż byłam w stanie dostrzec ją z mojej poprzedniej pozycji jest trochę niemożliwe. Może po prostu mi się wydawało i to, że naprawdę znalazłam tu tego potwora to zwykły zbieg okoliczności? Schodząc w dół w taki sposób, by uniknąć wzroku tego potwora, spojrzałam do środka magazyny, do którego to dobijały się zombie i zmierzał ten cholery potwór, a tym co ujrzałam w środku był leżący w kałuży krwi Kuro. - Kurwa!!! ... pierdole. - krzyknął z wyrazem cierpienia na twarzy, po czym z jego rąk wystrzeliła krew i zaczął coś robić, po chwili jednak wyraz jego twarzy zmienił się na bardziej spokojny. Nagle jednak wraz z przelatującymi przez magazyn drzwiami ujrzałam przez to okno, jak pojawia się ten wielki potwór i jakiś człowiek. - Chyba mamy naszego uciekiniera. - powiedział, nie kryjąc uśmiechu na swojej twarzy. Szlag by to. Co ja robię? Kuro potrzebuje pomocy! Nie tracąc czasu, wyskoczyłam w powietrze i aktywując mój pancerz zwiększyłam swoje przyciąganie. Z impetem rozbiłam sufit, zbliżyłam się do Kuro, złapałam go i rzuciłam się do ucieczki. Walka z tym potworem byłaby zbyt ryzykowna, szczególnie, że Kuro jest ranny. Nie minęła chwila, a oddaliłam się tak bardzo, jak tylko mogłam. Aktualnym miejscem, w którym jestem z Kuro jest apartamentowiec, do którego wpadłam przez okno. Natychmiast postanowiłam zająć się Kuro. W tym celu szybko wzięłam się za przeszukanie apartamentów w poszukiwaniu bandaży, lecz jednym co spotkałam były zombie. Po tym, jak nic nie znalazłam w ciągu kilku minut, natychmiast wróciłam, a tym co ujrzałam był zszywający swoje rany Kuro. To, co robił właśnie przy pomocy swojej zdolności wygląda niezwykle boleśnie, jednak Kuro w niesamowitym skupieniu kontynuował zupełnie, jakby nie zauważył nawet, że wróciłam.
  14. no dokładnie
  15. „Czy ty musisz mi sprawiać tyle kłopotów?” Oznajmił Akira bez grama emocji, po zamortyzowaniu Rade'a przed uderzeniem w ścianę areny. „Prze... Przepraszam.” Oznajmił ostatkiem sił, po czym stracił przytomność. „Ech... I jak mam sobie teraz poradzić z tymi śmieciami?” Zadał sobie to pytanie, obserwując wpatrujący się w niego tłum ludzi. Wszyscy znajdujący się teraz na trybunach wstali i z niedowierzaniem wpatrywali się w sytuację na arenie. To, że ktoś z Dragon Nine opuścił trybuny, by ratować swojego potężnego niewolnika przed niesprawiedliwą śmiercią było czymś, co zszokowało wszystkich, w tym Dragon Nine, który zrozumiał, że wśród nich siedział sobie, jak gdyby nigdy nic intruz z zewnątrz. Ponadto ten cichy intruz w jednej chwili zrobił sobie w imieniu Dragon Nine wroga w Dragon One. Jak mogli tak po prostu stać i patrzeć jak ten człowiek wtrąca się i ściąga ich na dno? Wielu członków Dragon Nine natychmiast ruszyło się, by wkroczyć na arenę i zająć się intruzem, lecz dwójka członków Dragon Five była od nich szybsza. Wskoczyli na arenę i dobywając swych ostrzy, ruszyli ku Akirze, tym samym zmuszając go do oparcia Rade'a o ścianę areny i skupieniu się na szarżujących na niego wrogach. Ów dwójka jednak zatrzymała się na kilkanaście metrów przed nim i zrzuciła z siebie czarne płaszcze, które ograniczały ich ruchy. „Jesteś idiotą i zginiesz, jak idiota!” Krzyknął jeden z nich. „To będzie proste.” Wyszeptał drugi. Akira widząc mężczyznę w długich granatowych włosach spiętych w kucyk z białą koszulą bez rękawów oraz w czarnych luźnych spodniach w dwóch miejscach naraz, nie był do końca pewny, czy to jakaś technika, czy może po prostu jego przeciwnicy są bliźniakami. Obaj przybrali pozycje ofensywne i skierowali swe ostrza ku Akirze, którzy w prawej dłoni trzymał Urumi, a w lewej, niczym sztylet skrytobójcy, trzymał niedawno zdobyty miecz. Ryusaki nie miał zielonego pojęcia, co szykowała na niego ta dwójka, lecz nie zamierzał ich nie doceniać. Jednakże z drugiej strony nie mógł poświęcić im całkowicie swojej uwagi, bowiem w każdej chwili ktoś mógł się wtrącić do jego małej walki. „Wietrzne Cięcie” Ów technikę użyli bliźniacy, szarżując na Akirę, który w ogóle nie drgnął. Stał jak wryty w ziemię i uważnie obserwował ruchy swoich przeciwników. Gdy ich ostrza zbliżyły się do jego osoby dostrzegł, że nie mają prawa go dosięgnąć, a co za tym idzie zostały tylko dwa dokończenia tego ruchu. Pierwszy scenariusz tego ataku powinien się zakończyć tym, że ów atak jest tylko zmyłką i rozdzielając się zaatakują go z obu stron. Ten scenariusz obrałby każdy doświadczony wojowników, bowiem amator by umarł. Jednak Akira znał też drugi. Obaj przeprowadzą atak dystansowy, zamiast zmyłki, po czym dobiją go atakując z obu stron i przebijając jego serce. Czekając do ostatniego momentu Akira uchylił się nagle i czując jak powietrze tnie na jego byłej wysokości szyi, natychmiast zrobił krok w przód. Obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i skierował się na jednego ze swoich przeciwników. Obaj bliźniacy byli zszokowani, bowiem to był pierwszy raz, gdy ktoś, kto nie zna ich zagrywki, unika jej. Urumi w prawej dłoni Akiry dwukrotnie uderzyło o ziemię, po czym niczym wąż gotowy, by pożręć swą sparaliżowaną strachem ofiarę, pozbawiło jednego z nich ręki. Mężczyzna widząc przed oczyma tryskającą krew i upadającą rękę, doznał nagłego szoku, lecz to wcale nie oznaczało, że pogodził się ze śmiercią. Jednak nim Akira raz jeszcze ciął w jego kierunku, poczuł na swych plecach mrożący w żyłach krew chłód. Chłód ten był niczym dotyk dłoni od samej śmierci. Obracając się błyskawicznie na pięcie, dostrzegł jak z amatorską postawą i gniewem wypisanym na twarzy szarżuje na niego drugi bliźniak. Choć tak naprawdę każdy, kto miał choćby raz styczność z szermierką uznałby to za amatorską postawę, a nawet zwykłą kpinę. Akira pewnie zrobiłby to samo, gdyby nie to, że czuł od tego człowieka nadchodzącą po niego śmierć. „Smoczy Pazur” Ryusaki dostrzegając prawdziwe zagrożenie, natychmiast zareagował i swym odwróconym ostrzem spróbował zablokować atak. Iskry strzelały we wszystkie strony niczym szalejący w piecu kuźni płomień gotowy przetopić ostrze. Gdy iskry zniknęły, tylko dwie emocje zapanowały wokół tej wymiany iskier. Strach i smak zwycięstwa. Źrenice Akiry rozszerzyły się, gdy ostrze jego przeciwnika nagle zawróciło, będąc gotowe do pozbawienia go głowy. Wcześniejsze tarcie między ostrzami sprawiło, że bronie ich obu się nagrzały, jednak to przeciwnik Ryusakiego miał przewagę. Jego ostrze nagle pokryło się płomieniem i z niebezpieczną prędkością zmierzało ku szyi bezbronnego Akiry, w którego oczach widać było strach. Gdyby w tej chwili posiadał swą starą broń – Ostrze Księżyca - byłby w stanie przeniknąć przez ten atak bez większego problemu i zabić swojego przeciwnika, lecz teraz jedynym, co mógł zrobić była ucieczka. Wypuścił ze swej lewej dłoni miecz i odbił się od ziemi, skacząc do tyłu. Upadając na plecy, zacisnął zęby i natychmiast odbił się od ziemi, po czym stanął na obu nogach. W tym momencie to on wywołał szok na twarzy swojego przeciwnika, którego ostrze wyglądało na niezdatne do użytku. Nagle przebijające wiatr cięcie zwróciło uwagę Akiry. Odwrócił się delikatnie i widząc mężczyznę pozbawionego ręki, uniknął jego, choć niebezpiecznego to prostego, ataku i zwinnym ruchem pozbawił napastnika głowy przy pomocy Urumi. Bliźniak ze zniszczonym ostrzem widząc to, padł na kolana i patrząc na Akirę jak na Boga Wojny, czuł niezmierzony strach. Zacisnął zęby, a jego paznokcie wbiły się głęboko w dłonie, po czym z szałem w oczach rzucił się na niego, trzymając w obu dłoniach niemalże niewidoczne ostrza z wiatru. Akira jednak widząc strach w jego oczach, który to prowadził go jak rodzic trzyletnie dziecko, zamachnął się tylko swym Urumi od niechcenia. „Nie trafiłeś!” Krzyknął z szałem w oczach, po czym, mimo lekkiego ukłucie w łydkę, nie przerwał szarży. „To koniec.” Rzekł Akira pod nosem, po czym z łatwością uniknął ataku. Kilka kroków od miejsca, w którym stał jego przeciwnik upadł i po chwili jego oczy były pozbawione życia. „Co tam, do diabła, się stało?” „Jakim cudem oni zostali pokonani?” „Nie wierzę!!!” „Zajebie tego skurwysyna!” Emocje wśród Dragon Five były różne po ujrzeniu tego, jak dwójka ich niemalże najsilniejszych szermierzy umiera na ich oczach. Jednak w tej samej chwili Akira spoglądał na swe Urumi, zupełnie jakby coś odkrył, po czym odwrócił swój wzrok ku górze, skąd nadlatywały niczym deszcz śmierci, setki, jak nie tysiące strzał. =========================== Witam z powrotem, pokażcie jak lubicie ten tytuł i dajcie mi pokaz swej aktywności pisząc komentarze Mam nadzieję, że po tak długiej przerwie fajnie się czytało rozdział. //Korekta by Seftcia