Blogs

Our community blogs

    • 3
      entries
    • 6
      comments
    • 123
      views

    Recent Entries

    Psaicho
    Latest Entry

    Hello~ 

    Pomimo ,że rozdział wręcz obiecałem (Nie bijcie) nie dodałam go, za dużo spraw do załatwienia i rozdział dodam dopiero w przyszłym miesiącu.

    Jakby ktoś planował moje zabójstwo - mam siekierę i nie zawaham się jej użyć.

     

     

     

    ~Notka zostanie usunięta wraz z dodaniem nowego rozdziału. (1.03.2018-5.03.2018)

  1. Friday
    Latest Entry

         Otworzyłem oczy. Ostre, złote światło mnie oślepiło. Szybko przymrużyłem powieki. "Teraz wiem gdzie jest wschód" - uśmiechnąłem się w duchu. Dookoła nic nie było, nawet żywej duszy. Trawa lekko poruszała się na wietrze. Wysoko przed sobą usłyszałem trzepot skrzydeł. Zignorowałem te dźwięki, ponieważ moją uwagę przykuło głośne burczenie pode mną.

         Spróbowałem dźwignąć się na łapy. Przednimi podniosłem klatkę piersiową, po czym przeciągnąłem tylne pojedynczo pod brzuch.Obejrzałem się do tyłu. Rzeka płynęła spokojnie, jakby czas się dla niej nie liczył. Skierowałem się do niej i opłukałem. Przy okazji złapałem dwie ryby. Coraz lepiej idzie mi łowienie.5a80855a452c2_prince2.png.1cc85e475ac855ba370fdf36489d8558.png

         Wytrzepałem się jak pies i ruszyłem w górę rzeki. Nie było sensu siedzieć w miejscu. Powoli zmieniało się otoczenie. Drobny piasek stawał się żwirem, a trawa była niższa. Zaczęło się od pojedynczych drzew, potem pojawiło się ich więcej. Bieg rzeki był szybszy, brzegi zbliżały się do siebie. Z wody wystawało wiele dużych i ostrych skał. Miałem wielkie szczęście, że podczas spływu nie trafiłem w żadną z nich.

         Po dłuższym czasie znalazłem się w miejscu, w którym tak się poobijałem. Spojrzałem w górę, na krawędzi klifu stał mężczyzna. Był odwrócony tyłem, tak jakby z kimś rozmawiał. Nie miał na sobie żadnej zbroi, czy pancerza. Ubrany był w, na pewno, drogą szatę. Z mojego położenia nie widziałem za wiele. Tylko czarne włosy i fioletowo-czarny płaszcz.

         Naoglądałem się już, więc ruszyłem wgłąb lasu. Chwilę później, za sobą, usłyszałem plusk. Gwałtownie obróciłem głowę. Ten sam chłopak, co był u góry, teraz prawie się topił. Złapałem do pyska gałąź wyglądającą na wytrzymałą i wskoczyłem do wody. Płynąc z prądem dogoniłem i przeleciałem obok człowieka z szybkością, której nikt by się nie spodziewał.

         Widziałem pierwsze skały. Były trochę daleko od siebie. Na szczęście badyl jest dłuższy niż odległość między nimi. Końce gałęzi zahaczyły o głazy. Pęd, z którym płynąłem, popchnął mnie pod zaporę. Poleciałbym dalej, gdybym puścił. Pazury zaczepiłem w korze i zakręciłem drewnem. Nie widzi mi się znowu to przeżyć.

         Sekundę później chłopak był koło mnie. Uderzył ramieniem w kamień i zawisł na patyku. Trzymał się jedną ręką. Był w gorszym położeniu niż ja. Mimo tego tylko człowiek mógł coś poradzić na tą sytuację. Jeśli on nic nie zrobi, obydwoje zginiemy. Poprawiłem chwyt łapami i uwolniłem szczękę.

    - Nie czekaj na pomoc, tylko się rusz!

         18-latek nagle się ożywił, zaczął się rozglądać na wszystkie strony. W końcu spojrzał na mnie. Nasz wzrok się spotkał. W tym momencie gałąź się złamała. Aż mi się wyrwało:

    - ZNOWU!!!?

         Po już drugiej z kolei, bolesnej wycieczce rzeką, wylądowałem na tym samym brzegu co poprzednio. "Zacznę to reklamować jako idealną atrakcję dla szukających wrażeń. Skok z klifu, walka z rzeką i leżenie bez czucia na piasku. Coraz bardziej wierzę w mit, że koty boją się wody." - pomyślałem wściekły na strumień za plecami.

         Z trudem wstałem i poszukałem wzrokiem człowieka. Leżał niedaleko, cały ociekał wodą, a z lewej ręki ciekła krew. Z tego co pamiętam, to właśnie w nią uderzył gdy próbowałem go ratować. Doszedłem do niego w kilku krokach, po czym sprawdziłem czy oddycha. Na szczęście jeszcze żył, ale wątpię czy kontaktuje ze światem. Leżał na plecach, więc musiałem go obejść by dostać się do rannej części ciała. Pazurem rozciąłem materiał i obejrzałem krwawiące miejsce. Wyglądało to wyjątkowo paskudnie. Kość przedramienia była złamana otwarcie. Żołądek podszedł mi do gardła. Jako człowiek pewnie bym zwrócił teraz obiad, ale jestem kotem i nie mam nawet co zwrócić. Jak nic nie zrobię z tym złamaniem, gość się mi tu wykrwawi! Dokładnie obejrzałem ranę. Była dosyć czysta, po spotkaniu z rzeką. Używając przednich łap cudem, porządnie nastawiłem złamaną kość. Teraz trzeba usztywnić przedramię. Woda wyrzuciła na brzeg też złamaną gałąź. Zabrałem obie jej części i wraz z pociętym, pazurami, kawałkiem materiału stworzyłem prowizoryczny opatrunek.

         Po skończonym zabiegu byłem głodny i padnięty. Odłożyłem na bok zmęczenie i dałem radę złowić cztery ryby. Dwie zjadłem od razu, a pozostałe przygotowałem do jedzenia dla chłopaka. Zanim zasnąłem nakroiłem bandaży z ubrania człowieka. "To był męczący dzień" - pomyślałem kładąc się na piasku, po czym straciłem wizję.

         Obudził mnie cichy szmer. Poderwałem się na nogi jak oparzony. 18-latek próbował usiąść. Skoczyłem mu na brzuch, zmuszając do leżenia.

    - Nie forsuj się. Jeszcze rana się otworzy.

         Chłopak patrzył na mnie tępym wyrazem twarzy. Zszedłem z niego i przywiązałem złamaną kończynę do szyi, by łatwiej było mu się poruszać. Zdaje się, że nagły zastrzyk bólu wybudził go z transu.

    - Czym ty jesteś? (chłopak)

    - Nie nauczono cię, by się najpierw samemu przedstawić?

    - Przepraszam. Mam na imię One, jestem pierwszym z czterech książąt tego kraju. (One)

         Fiuu... książę się trafił. Muszę przyznać, jego ojciec jest beznadziejnym rodzicem. Nazwać swojego syna numerem!? Założę się że kolejni trzej bracia to Two, Three i Four.

    - Miło poznać. Nie mam imienia, a jestem zwyczajnym kotem.

    - To właśnie ciebie szukałem! Wrócisz ze mną do zamku? (One)

         Powiedział to prosto z mostu, tak prosto że aż uszy krwawią. Do tego przypomina dziecko, które chce nową zabawkę.

    - Nie wybiegaj w przyszłość. Na razie pomyśl o przeżyciu. Tu masz ryby, możesz je zjeść.

    - Dzięki. Jeszcze nie doleciał tu mój smok? (One)

         Ten bogaty dzieciak lata sobie na smoku! Ja też tak chcę!

         Na słowa księcia jak na komendę z góry zleciała łuskowata masa mięśni. Smok był średniej wielkości, idealny jako wierzchowiec, rzekłbym. To na pewno albinos (jeśli u smoków coś takiego występuje) jego białe łuski i czerwone oczy to potwierdzają. One wdrapał się na siodło umocowane na karku i zwrócił się do mnie.

    - To jak? Lecisz? (One)

    - To lepsza opcja niż spływ rzeką po raz trzeci.

         Wskoczyłem na pakunki zamocowane do siodła i w tej samej chwili smok machnął skrzydłami. Przez ten gwałtowny ruch wbiłem pazury w skórę siodła, dziurawiąc ją na wylot. W czasie lotu zdecydowałem się podjąć rozmowę, nie często zdarzają się do niej okazje, a w tym świecie ta jest pierwsza.

    - Jak to się stało, że wylądowałeś w rzece?

    - Emm... W zasadzie to mój wujek próbował się mnie pozbyć. Nie przepadamy za sobą od dłuższego czasu. (One)5a80b39411a14_princess2.thumb.png.82b413ccf81ff35fca32c859a916a9fd.png

    - Sprawy rodzinne? Rozumiem...

         I rozmowa utknęła w martwym punkcie.

         Po kilkunastu minutach lotu zobaczyłem zamek. Na wieżach miał platformy, a na jednej z nich wylądowaliśmy. Przed smokiem stała dziewczyna, stawiam że siostra.

    - Lily! Wróciłem! Zobacz, kogo przywiozłem! (One)

    - Głupku! Nie było cię całą noc. Wszyscy się martwili! (Lily)

         ... te imiona... bez komentarza. Dziewczyna podeszła i już miała nakrzyczeć na swojego brata za złamaną rękę, ale zobaczyła mnie. Na jej twarzy pojawił się uśmiech i dosłownie złapała mnie w locie jak zeskakiwałem ze smoka.

    - Jaki słodki! Nazwę cię... Cute! (Lily)

         Brak zdolności nadawania imion jest chyba rodzinny.

    - Ja go znalazłem, więc jest mój i ja go nazwę! (One)

         Już się boję co on wymyśli.

    - Już szybciej będę się nazywać Vivi, niż zaakceptuję wasze imiona!

         Lily była zaskoczona, ale tylko przez ułamek sekundy. Potem szeroko się uśmiechnęła i powiedziała:

    - No to, witamy w rodzinie, Vivi! Czas na spotkanie z innymi! (Lily)

    - To idę z wami. (One)

    - Nie wykręcisz się. Marsz do doktora, ale to w podskokach. (Lily)

    - Jasne... (One)

         W tej chwili książę wygląda jak skarcony szczeniak. Zaśmiałem się w duchu. Na rękach dziewczyny przemierzyłem plątaninę korytarzy (gdzieś po szóstym zakręcie się zgubiłem). Lily otworzyła drzwi do ogromnej sali. Bawiło się w niej pięcioro dzieci w różnym wieku. Podeszły do siostry i zaczęły mnie głaskać. Na początku było to przyjemne, ale trochę później miałem już dość. Wyskoczyłem z objęć Lily i pognałem przed siebie. Dzieci zaczęły mnie gonić. "W takim domu, nie ma się jak nudzić" - pomyślałem, po czy wróciłem do zabawy z dziećmi.

    ------------------------------

    To był pierwszy one shot. Przepraszam, że dopiero teraz ale nieźle się porobiło w rzeczywistości. Sprawdzian goni za sprawdzianem, widmo egzaminu straszy, przez małą wtopę mam komputer tylko w niedzielę, a dziś w nocy zmarł wujek. Jeśli cudem dam radę to napiszę kolejnego one shota na za tydzień. Kolejny rozdział dopiero po wszystkim. To pa!

     

    • 1
      entry
    • 0
      comments
    • 235
      views

    Recent Entries

    Wioska Rooum, zamieszkana przez rasę elfów, znajdowała się w najgłębszych lasach Thorns Fo w królestwie Qoo.

     

    `Patrzcie idzie Syrin, życiowy niefart, który nie ma nawet zdolności HaHa.

     

    `Ej Sirin, pokaż swoją zdolność! HaHaHa.

     

    Przestańcie! Kto kazał wam się naśmiewać z waszego rówieśnika i jednego z członków waszej wioski! – Nagle krzyknął przywódca wioski Rooum, Forts Rooum.

     

    Chłopcy, którzy wyzywali Syrina po usłyszeniu słów przywódcy wioski od razu uciekli.

     

    Dziękuje Przywódco Forts, znowu mnie uratowałeś przed wysłuchiwaniem ich obelg, gdybym tylko miał umiejętność, nie byłoby tego problemu i nie musiałbyś mnie za każdym razem bronić(Powiedział Syrin).

     

    Och Syrin, to ich nie usprawiedliwia w żaden sposób, każdy powinien się szanować, jesteś członkiem naszej wioski więc zawsze będę o Ciebie dbać (odpowiedział przywódca wioski Forts).

     

    Tak wiem przywódco, dziękuję za pomoc, a teraz muszę przeprosić, śpieszę się zebrać zioła poza wioskę (odpowiedział Syrin).

    Dobrze, tylko uważaj na siebie! (odpowiedział przywódca wioski Forts).

     

    Muszę zebrać kilka ziół słońca, żeby stworzyć eliksiry regenerujące życie, wtedy będę mógł je sprzedać, dzięki czemu będę mógł kupić sobie jakiś miecz.

     

    Podczas gdy zbierałem zioła, usłyszałem wrzaski, krzyki i prośby o pomoc, nim się zorientowałem, duże ilości dymu wydobywały się od strony wioski, byłem przerażony, w tej chwili wiedziałem, że coś się dzieje, rzuciłem wszystkie swoje rzeczy i pobiegłem, jak najszybciej potrafiłem do wioski.

     

    Gdy dotarłem do wioski, zobaczyłem, że prawie wszystkie budynki płonęły, mnóstwo osób leżało martwych na ziemi, a po wiosce szalała zgraja wojowników na koniach, byli to wojownicy jednego ze szlachciców, z którym ostatnio mieliśmy sprzeczkę.

     

    Od razu pobiegłem do swojego domu sprawdzić, czy moim rodzicom nic się nie stało, lecz to, co ujrzałem, wbiło mnie w szok, łzy zaczęły mi spływać po twarzy, po czym zacząłem krzyczeć, Mamo! Tato! Wstawajcie, musicie żyć, żyć!!!! Nieee!!!!!

     

    W tym momencie jeden z wojowników atakujących wioskę wszedł do mojego domu, posiadał on umiejętność wojownika ognia, mógł korzystać z różnych umiejętności, dzięki którym mógł np. nałożyć ogień na miecz, rzucać falami ognia w wyznaczonym przez niego kierunku, była to średnia umiejętność, w naszej wiosce tylko jedna osoba miała średnio zdolność, nasz przywódca.

     

    Gdy żołnierz zobaczył mnie trzymających obok siebie martwego ojca i matkę, zaczął się śmiać, po czym spojrzał w moje przerażone oczy i zamachnął się mieczem.

     

    Trauuuh ''' W tym momencie mój żywot dobiegł końca, umarłem.

     

    Po pewnym czasie, gdy coraz bardziej byłem pogrążony w mroku, usłyszałem dziwny głos „Władco, zbudź się, czas krwawej drogi się rozpoczął”.

     

    Po czym nagle otworzyłem oczy, od razu złapałem się za grdykę, miejsce w które zaatakował mnie wojownik ze zdolnością ognia, okazało się, że nie było tam ani śladu, całe moje ciało nie było w ogóle naruszone.

     

    Od razu sprawdziłem informacje o sobie, by sprawdzić, jaki jest dokładnie mój stan zdrowia.


     

    Imie: Syrin Gotw
    
    Zdolność: Władca Nekromancji
    
    Wiek: 17
    
    Poziom: 4(147/1000)
    
    Punkty życia: 150
    
    Energia(mana): 200
    
    Siła ataku z broni: 25
    
    Siła ataku z magii: 50
    
    Siła: 5 punktów
    
    Wytrzymałość: 5 punktów
    
    Inteligencja: 5 punktów
    
    Zręczność: 5 punktów
    
    Punkty rozwoju do rozdania: 0


    Spojrzałem na punkty życia, wszystko się zgadzało, byłem w pełni zdrowy, ale było coś, co mnie wbiło w szok, okazało się, że mam zdolność… zdolność, która sama w sobie była czymś o czymś nigdy nie słyszałem. Władca Nekromancji.

     

    Od razu zerknąłem czy mam jakieś umiejętności, okazało się, że znajdowała się tam jedna umiejętność.


     

    Przywołanie Szkieletu (Poziom 1 | 500 punktów doświadczenia do poziomu 2)
    
    Dzięki tej umiejętności masz możliwość przywołania Szkieletu.
    
    Limit przywołania: 1(?).


    Spojrzałem w znak zapytania, była tam dosyć ciekawa informacja.

     

    (?) – Ciekawostka: Wraz z większym poziomem tej umiejętności, istnieje możliwość przywołania 
    więcej niż jednego Szkieletu.


    Byłem strasznie zadowolony, lecz moja radość nie trwała zbyt długo, rozejrzałem się wkoło siebie i przypomniałem sobie, że cała moja wioska została wyeliminowana, byłem strasznie zasmucony myślą, że już nie zobaczę nikogo z wioski, a najbardziej tym, że nie zobaczę Mamy ani Taty.

    W tej chwili, z mo

    żliwością rozwoju przyrzekłem sobie, że któregoś dnia zemszczę się na okrutnym szlachcicu, przez którego straciłem wszystkich, na kim mi najbardziej zależało na tym świecie, rodziców.